| ||
|
Wyświetlono wypowiedzi znalezione dla słów: 18 lat egzamin dojrzałości dla pani
|
| Szukaj:Słowo(a): 18 lat egzamin dojrzałości dla pani |
Środowiskowy Hufiec Pracy w Górze rozpoczyna III edycję projektu „Twoja wiedza - Twój sukces”, który jest realizowany z Europejskiego Funduszu Społecznego. Jego celem jest przede wszystkim zapewnienie młodzieży, w wieku 15-24 lat, podwyższenie kwalifikacji zawodowych. - Projekt ma być realną szansą poprawy startu życiowego dla wielu młodych osób – tłumaczy Zofia Świerszcz, komendant ŚHP w Górze. W powiecie górowskim jego beneficjentami będą trzy 20 -osobowe grupy. W pierwszej ma znaleźć się młodzież w wieku 15-18 lat, mająca problemy z nauką, w tym ci, którzy zaniedbali realizację obowiązku szkolnego. Druga grupa stworzona jest z myślą o młodzież nieuczącej się i niepracującej, absolwentach szkół zawodowych i średnich, którzy nie zdali egzaminu dojrzałości, a także osobach, które po maturze nie dostały się na uczelnie wyższe. Natomiast w trzeciej grupie znajdzie się młodzież pochodząca z rodzin ubogich, niepełnych, wielodzietnych, posiadająca zawód nieodpowiadający rynkowi pracy. Wsparcie, które młodzież otrzyma w ramach projektu obejmować będzie: treningi psychologiczne i terapeutyczne, warsztaty edukacyjne, z zakresu przedsiębiorczości, oraz aktywnego poszukiwania pracy (sporządzanie CV, listu motywacyjnego itp.), a ponadto kursy obsługi komputera, języków obcych i szkolenia zawodowe. - Udział w projekcie jest bezpłatny. Zapisy trwają do 15 maja. Osoby zainteresowane prosimy o kontakt osobisty w siedzibie naszego hufca przy ul. Piastów 6, lub telefoniczny pod numerem 065-544-11-77. Czekamy na was od poniedziałku do piątku w godzinach 7.45-15.45 – dodaje pani komendant. Źrodło: Panorama Leszczyńska |
Wspomnienia z matury w I LO są bardzo ciepłe. Rok 1999, zdawałam więc starą maturę. Pisemnej nawet nie odczułam, tak luźna i przyjemna była atmosfera. Ustna matura? Więcej strachu niż to było konieczne, komisje przychylnie nastawione. Polski: jedno pytanie z gramatyki i jedno z literatury. Z gramatyki jakoś poszło, zaś przedstawienie wylosowanego motywu w literaturze na przestrzeni wieków - bajeczka. Jeśli się pilnie czytało lektury. Tu podziękowania dla pana Mertuszki, który nas do matury przygotował. Język francuski: bezboleśnie, a na koniec śpiewająco, gdyż po "odparlaniu" na wylosowany temat pogawędka z komisją zeszła na śpiewanie i poproszono mnie o fragment piosenki C. Dion. To przypominało bardziej luźne, przyjazne spotkanie kilku osób niż maturę. Wielkie dzięki za to pani Matusiewicz oraz pani v-ce dyrektor Podgórskiej. Historia: stres podwójny - 1) umiałam tylko starożytność, 2) w komisji siedział m. in. pan Kościk, którego nieco się obawialiśmy, choć nie był naszym nauczycielem. Po tej maturze byłam pewna, że Bóg istnieje. Wspomnienia ze starej matury w moim liceum są jednymi z lepszych dotyczących mojej edukacji. Słuchając opowiadań o nowych zasadach matury wydaje mi się, że dzisiejsza młodzież spokojnie może nam zazdrościć. Kłóciłabym się, czy jest to egzamin "dojrzałości", bo na dojrzałość pracuje się dłużej niż 18 lat i czymś więcej niż wkuwaniem podręczników, ale z pewnością jest to przełomowy etap w życiu młodego człowieka i bardzo się cieszę, że dokonał się on właśnie w tym, a nie innym liceum, z tak fajnymi ludźmi, jakimi byli nasi nauczyciele. Pozdrawiam. |
"Opór". (Nie)prawdziwa historia braci Bielskich Od miesięcy robiono medialny szum wokół superprodukcji Hollywoodu, czyli filmu "Opór" ("Defiance") z Danielem Craigiem w roli głównej. Aktor ten jest znany przede wszystkim jako kolejne wcielenie "Agenta 007", czyli fikcyjnego Jamesa Bonda, dokonującego na ekranach rzeczy niemożliwych i to z niezwykłą łatwością. Był to trafny wybór. Aktor w filmie "Opór" miał bowiem pokazać również rzeczy, które tak naprawdę nie miały miejsca w rzeczywistości. Twórcom nie przeszkadzało jednak informować widzów już w zwiastunach, że film jest oparty na faktach. A więc - prawda czy nieprawda? Czy to, co zobaczymy na ekranach, wydarzyło się w rzeczywistości, czy też jest to kolejna fikcja literacka nastawiona na toporną propagandę i indoktrynację w ustalonym z góry kierunku? "Badacze" z "Wyborczej" Rzecz komplikuje się jeszcze bardziej, bo oto "Gazeta Wyborcza" oddelegowała dwóch swych redaktorów do zbadania i opisania historii braci Bielskich. Autorzy, Piotr Głuchowski i Marcin Kowalski, zatytułowali książę tak: "Odwet. Prawdziwa historia braci Bielskich" (Biblioteka Gazety Wyborczej, Warszawa 2009). Czy z prawdą można polemizować? Jeśli rzecz została zbadana starannie i jest odpowiednio udokumentowana, bez pomijania czegokolwiek, co rzuca choćby cień na tok rozważań autorów, to oczywiście polemika nie ma sensu. Wystarczą same pochwały. Ale jeśli tak nie jest? Jeśli film, a w ślad za nim książka aż tak prawdziwa nie jest, to jak najbardziej - nie tylko można, ale po prostu trzeba stawić opór czarnej, jednostronnej propagandzie. W 1994 r. Adam Michnik ogłosił na łamach swej gazety, że "zdolność do konfrontowania się z ciemnymi epizodami własnego dziedzictwa jest dla każdego narodu egzaminem z dojrzałości demokratycznej. Twierdzę, że Polacy dojrzeli do demokracji, co znaczy, że mają prawo do pełnej prawdy o własnej przeszłości". Wtedy chodziło o osławioną sprawę Powstania Warszawskiego i podparcie jakimś autorytetem tego, co na łamach "Wyborczej" napisał jej ówczesny kierownik działu kulturalnego Michał Cichy. Później wyszło na jaw, że autor paszkwilu na powstańców warszawskich preparował dokumenty, fałszował cytaty i - choć sam historyk z wykształcenia - wykonał pracę nie tyle historyczną, co histeryczną. Następnie zniknął na wiele lat... Nie była to jedyna taka dyskusja na łamach tejże gazety. Tak samo było bowiem ze sprawą Jaffy Eliach i tym, co napisała o Ejszyszkach, jak to oddziały AK gromiły Żydów w nowej, sowieckiej już rzeczywistości. W tym przypadku również dyskusja została przerwana w miejscu najmniej wygodnym, gdy ukazały się rzeczowe publikacje, podparte solidną faktografią i badaniami źródłowymi, które gazetowe "ustalenia" obracały w perzynę. Przypuszczam, że teraz będzie podobnie - już rozpoczęła się dyskusja. Nawet na forum internetowym "Gazety Wyborczej" czytelnicy wzięli pod lupę ustalenia jej dziennikarzy, jak choćby kłamliwe twierdzenie o rzekomym istnieniu "polskiego batalionu SS" na froncie wschodnim. Nie trzeba było długo czekać. Jeden z autorów, Marcin Głuchowski, "przedstawił się", odpowiadając jednemu z krytyków: "Jak mniemam, jesteś historykiem, ja - tylko dziennikarzem, pewno wszystkie szczegółowe kwestie, o których piszesz, przedstawiają się tak jak twierdzisz, mimo to - sądzę, że książka Cię nie rozczaruje pełno w niej oczywiście skrótów (typu batalion SS zamiast pomocniczy batalion policyjny pozostający częściowo pod dowództwem SS) ale zważ, że napisaliśmy powieść dla ludzi, a nie pracę historyczną - to ma się czytać" (http://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html? ... a=89777089). I właściwie wszystko jest jasne - tak samo jak prawdziwym założeniem filmu "Opór" nie było pokazanie prawdy, tak samo dziennikarze "Wyborczej" zamiast "prawdziwej historii" dali nam "powieść dla ludzi", z ideowym uzasadnieniem takiego podejścia: "to ma się czytać". Ale w takim razie po co dobudowywać do wszystkiego ideologię, że jest w tym jakaś prawda? 100 km od miejsca zbrodni... Jeśli tak zasobna gazeta, którą stać przecież na wynajęcie profesjonalistów, mających lepsze przygotowanie do badania historii niż to, jakie nam zaprezentował jeden z autorów, traktuje sprawę po macoszemu, powierzając ją osobom w ogóle do tego nieprzygotowanym, to rezultaty muszą być takie, jakie są. A są bardzo marne. Oto co według własnego mniemania ustalili dziennikarze "Gazety Wyborczej": "Pojechaliśmy na Białoruś, odnaleźliśmy ludzi, którzy pamiętają Bielskich oraz sowieckie dokumenty, gdzie partyzanccy dowódcy opisują mord w Nalibokach jako zwycięstwo w walce z 'niemieckim garnizonem'. W archiwach są nazwiska czterech dowódców akcji nagrodzonych za ten 'bój' - to towarzysze Gulewicz, Muratow, Szaszkin i Surkiew. Paweł Gulewicz wymieniony jest jako ten, który osobiście zabił czterech 'faszystowskich pachołków'. Znaleźliśmy też ostatnich żyjących partyzantów Bielskiego: mieszkają na Białorusi, w USA i w Anglii. Ich relacje zgadzają się z zawartością sowieckich archiwów - w dniu pacyfikacji Naliboków (8 maja 1943 r.) - oddział Tewjego Bielskiego stacjonował 100 kilometrów dalej. - Byli wtedy w miejscowości Stara Huta - opowiada Tamara Wiarszycka, historyk i dyrektor muzeum regionalnego w Nowogródku, gdzie znajduje się największy zbiór dokumentów pozostałych po Bielskich. - Do Puszczy Nalibockiej przeszli dopiero parę miesięcy później, o czym można przeczytać w opublikowanych już dawno relacjach" (http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/ ... skich.html). Na oko wszystko wygląda wiarygodnie: pojechali, sprawdzili, zbadali, rozmawiali i wszystko opisali najlepiej, jak tylko potrafili. Ale z poznawczego punktu widzenia znacznie ważniejsze jest to, czego nie sprawdzili, nie zbadali i nie opisali. Pominięte jest bowiem wszystko to, co przeczyło z góry założonej tezie: że oddział Bielskich nie uczestniczył w masakrze. Ważne jest zatem to, co mówi jakaś Tamara Wiarszycka z Białorusi (czy znane są jej jakiekolwiek poważne publikacje na ten temat, skoro autorzy mianują ją historykiem?). Ale nie jest ważne to, co można znaleźć w dokumentach i relacjach, a co przeczy jedynie słusznej wersji. Niewątpliwie "historycy" z "Wyborczej" mają poważne problemy z geografią. Choćby z publikacji Nechamy Tec wiemy, gdzie grupa Bielskiego przebywała w kwietniu i maju 1943 roku. Były to m.in. lasy jasionowskie, nieco na zachód od Wsieluba i rodzinnej wsi Bielskich - Stankiewicz. To niespełna 50 km od Naliboków! A skądinąd wiemy, że na osławione "operacje gospodarcze" uzbrojone grupy od Bielskiego wyprawiały się w promieniu nawet 80-90 km od swych obozów, nie odległość stała więc na przeszkodzie ich udziału w opisywanej pacyfikacji. Do tego jeden ze znanych historyków młodszego pokolenia natychmiast po artykule Głuchowskiego i Kowalskiego autorytatywnie oświadczył w informacyjnym serwisie telewizyjnym, że grupa Bielskiego w tym czasie stacjonowała "100 km od Naliboków", więc udziału w tym nie brała. A szacunek dla słowa i własnej reputacji to już się nie liczy? Mijają lata, śledztwo stoi w miejscu Niepokojące jest również to, że prawdopodobnie i śledztwo IPN, mimo początkowych ustaleń, zmierza w stronę wykluczenia partyzantów żydowskich z udziału w masakrze. Świadczyć o tym może informacja Polskiej Agencji Prasowej z 14 stycznia br.: "Rzecznik IPN Andrzej Arseniuk poinformował, że kilku świadków mordu dokonanego w 1943 r. przez partyzantów sowieckich na polskich mieszkańcach wsi Naliboki zeznaje, iż wśród atakujących byli partyzanci od Bielskiego, jednak zeznania te 'nie są poparte dokumentami archiwalnymi'. (...) Pytany przez PAP, jaką wiedzę na temat udziału Żydów z oddziału Bielskiego w zbrodni w Nalibokach posiada IPN, Arseniuk wyjaśnił, że, 'kilku świadków lakonicznie zeznaje, że wśród atakujących byli partyzanci od Bielskiego; świadkowie nie wskazują jednak, na jakich przesłankach opierają to twierdzenie; ponadto zeznania te nie są poparte żadnymi innymi dowodami, np. dokumentami archiwalnymi'. Arseniuk zaznaczył jednocześnie, że część historyków również wskazuje na udział partyzantów z Oddziału Bielskiego w ataku na Naliboki, jednak autorzy nie przywołują w swych opracowaniach źródeł tych informacji". Należy tu rozróżnić dwie rzeczy: naszą wiedzę o wydarzeniach (która zawsze będzie niepełna, ale z bardzo dużą dozą prawdopodobieństwa można je przecież zrekonstruować) od wymogów procesowych i stawiania zarzutów konkretnym osobom. W końcu jak świadkowie mają pamiętać, po kilkudziesięciu latach, twarze i dokładne nazwiska (oraz inne dane personalne) sprawców? Ale ewentualne umorzenie sprawy przez IPN nie będzie wcale oznaczać, że grupy "bojców" od Tewje Bielskiego nie były obecne w Nalibokach. Skąd się biorą kontrowersje Jaki jest stan wiedzy o "obozie rodzinnym" braci Bielskich? Bohater filmu i gazetowej "powieści dla ludzi" Tewje Bielski doczekał się sporej literatury, także historycznej. Występuje również w wielu materiałach uznawanych za źródła historyczne (niezależnie od konieczności przeprowadzenia ich krytyki). Dwie rzeczy są niewątpliwie prawdziwe: że Tewje Bielski istniał naprawdę oraz że trzymał żelazną ręką (wraz ze swymi młodszymi braćmi i grupą najbardziej zaufanych osób) "obóz rodzinny", w którym uratowało się 1200 osób pochodzenia żydowskiego. Rzecz nie wzbudzałaby prawdopodobnie żadnych kontrowersji (nawet fantastyczne opisy walk z niemieckimi kolumnami pancernymi), gdyby nie fakt, że od kilku lat toczy się (co prawda bardzo niemrawo) śledztwo Instytutu Pamięci Narodowej w sprawie pacyfikacji polskiego kresowego miasteczka położonego na skraju Puszczy Nalibockiej. Wydarzenia, jakie miały miejsce wczesnym rankiem 8 maja 1943 r., zapadły głęboko w pamięć mieszkańców, a na skutek wielu publikacji z ostatnich lat sprawa stała się w miarę głośna. W tym dniu Naliboki zostały bowiem brutalnie zaatakowane przez oddziały partyzantki sowieckiej. Zginęło około 130 mieszkańców, w tym kobiety i dzieci. To również nie wzbudzałoby tak wielkich emocji i z pewnością "Gazeta Wyborcza" nie chciałaby poświęcać tak wiele sił, środków i miejsca na swych łamach jednej z wielu wojennych zbrodni. Kontrowersje pojawiają się dlatego, że wedle niektórych źródeł (w tym także żydowskich), a także pamięci poszkodowanych, w pacyfikacji Naliboków brali udział również partyzanci żydowscy, pełniący służbę w ramach partyzantki sowieckiej. I zapewne tylko tym da się wytłumaczyć takie medialne zaangażowanie wielkiego koncernu prasowego. Wacław Nowicki - świadek niewygodny, więc niewiarygodny Najbardziej przejmujący i pełny opis wydarzeń zawarty jest we wspomnieniach Wacława Nowickiego, bezpośredniego świadka zbrodni: "Godzina 5 rano, 8 maja 1943 roku. Długa seria z kaemu rozpruła poniżej okien frontową ścianę naszego domu, stojącą pod nią kanapę, przeleciała przez pokój i ugrzęzła w przeciwległej ścianie zaledwie kilka centymetrów nad naszymi głowami. (...) Mama dopadła okna. - Wieś płonie! - krzyczy. (...) O godzinie 7.00 strzały i jęki ucichły. Zewsząd wiało grozą śmierci i zniszczenia. Ocaleni od pogromu mogli teraz zobaczyć tragedię swego miasteczka i dokonanego w nim ludobójstwa. W niespełna 2 godziny zginęło 128 niewinnych ludzi. Większość z nich, jak stwierdzili potem naoczni świadkowie, z rąk siepaczy Bielskiego i 'Pobiedy'. Mordercy obojga płci wpadali do mieszkań i seriami z automatów unicestwiali we śnie całe rodziny, a obrabowane w pośpiechu (nawet z zegarków) domostwa palili i pijani od krwi, z okrzykiem 'hura!' szli dalej mordować. Wielu zbudzonych nagłą strzelaniną i jękiem sąsiadów wylatywało na podwórko. Tych rozstrzeliwano z dziećmi pod ścianami chat. Jedni i drudzy wraz z domostwem obracali się w popiół. Daleko słychać było ryk bydła i rżenie zagrabianych koni. Podczas dantejskiego pogrzebu trudno było zidentyfikować pozostałe czasem tylko kończyny dzieci, rodziców, dziadków z rodów Karniewiczów, Łojków, Chmarów i wielu innych" (W. Nowicki, Żywe echa, Warszawa 1993, s. 99-100). Głuchowski i Kowalski w "Gazecie Wyborczej" całkowicie deprecjonują relację Wacława Nowickiego: "Odwiedziliśmy i Nowickiego - mieszka w Warszawie. Przyjął nas w pokoju zasypanym starymi egzemplarzami 'Naszego Dziennika'. Przyznał, że nigdy nie widział żadnego z Bielskich, nie ma też dowodów na ich udział w zbrodni, a plotkę o winie Tewjego i braci przekazał mu, przy wódce, niejaki 'Lowa z Nowogródka', potwierdził zaś 'Wania z Lubczy'. Wyniki śledztwa IPN autor 'Żywych ech' nazwał 'mydleniem oczu'. Film - wielkim antypolskim skandalem". Może się więc wydawać, że dochowali wszelkiej staranności, dają się wypowiedzieć wszystkim stronom. Nie napisali jednak, że przedstawili się panu Nowickiemu nie jako dziennikarze "Wyborczej", lecz jako "studenci historii" (a przynajmniej jeden z nich nic wspólnego z historią nie ma), którzy jego adres rzekomo otrzymali od nalibockiego proboszcza. Nie sprawdzili, ile pan Nowicki ma lat, jak się z nim obecnie rozmawia. Wystarczy, że powtórzy zasłyszane pytanie (w którym zawarta jest sugerowana odpowiedź), aby już mieć zmanipulowaną relację. Do tego w książce posłużyli się innym "świadectwem", czyli wypowiedzią osiemdziesięcioletniej Leonardy Juncewicz, która do dziś mieszka w Nalibokach. Usłyszeli od niej to, co usłyszeć chcieli, a mianowicie: "Myślę, że wielu ludzi, co Bielskich oskarżają, że się tą książką [Wacława Nowickiego - przyp. L.Ż.] zasugerowali. A przecież... co ten Nowicki mógł wiedzieć? On wtedy naście lat miał". Wacław Nowicki miał już wówczas 18 lat i był zaprzysiężonym żołnierzem AK. Można to więc odwrócić: co "mogła wiedzieć" pani Juncewicz, kilka lat młodsza od niego, o napastnikach? "Wioska już nie istnieje" - relacja Sulii Wołożyńskiej-Rubin Przejdźmy więc do tego, czego dziennikarze "Wyborczej" w swych analizach przyjąć nie chcieli. Oto przed prawie 30 laty ukazała się w Jerozolimie książka Sulii Wołożyńskiej-Rubin. Jej mąż Borys Rubiżewski był żydowskim partyzantem w grupie Izraela Keslera, podporządkowanej Tewje Bielskiemu. Sulia też była w tej grupie. Oto jak ona wspomina mord w Nalibokach: "Nieopodal [dworzeckiego] getta znajdowała się wioska. Żydzi musieli przez nią przechodzić po drodze do lasu, a partyzanci [sowieccy] w drodze z lasu. Ci wieśniacy ostrzegali biciem w dzwony i waleniem w miedziane garnki o przemarszu takich osób, aby ostrzec pobliskie wioski. Chłopi wybiegali z siekierami, sierpami - czymkolwiek, co może służyć do zabijania - i rżnęli każdego, a potem rozdzielali między siebie cokolwiek ci nieszczęśliwi mieli. Grupa Borysa [Rubiżewskiego] zdecydowała, aby położyć raz na zawsze kres takiej działalności. Wysłali kilku ludzi do tej wioski, a sami zaczaili się w zasadzce. Wkrótce rozległy się sygnały alarmowe i uzbrojeni chłopi wybiegli, aby zabić 'przeklętych Żydów'. No, ale rozległy się salwy i skoszono ich ze wszystkich stron. Trzy dni zajęło, aby zbić trumny [dla poległych chłopów] i ponad 130 osób pochowano. Nigdy już więcej żaden Żyd czy partyzant nie zginął na tych drogach" (S. Wolozhinski Rubin, Against the Tide: The Story of an Unknown Partisan, Jerusalem 1980, s. 126-127). Możemy spokojnie pominąć drastyczne opisy, jak to mieszkańcy wypadali z siekierami na przechodzących spokojnie Żydów, którzy przecież dysponowali bronią palną. Ale te wspomnienia, choć nazwa Naliboki w nich nie pada, jednoznacznie wskazują na opisywaną pacyfikację. Zgadza się też liczba ofiar. Nigdzie w pobliżu nie było takiej zbrodni. Przez prawie 30 lat nikt tych wspomnień nie zakwestionował. Co więcej, mamy nowe informacje, że miał to być akt żydowskiej zemsty na polskiej miejscowości. Z czasem Sulia Rubin dopowiadała nowe, coraz bardziej drastyczne szczegóły, aby bardziej ubarwić swą opowieść. Pojawiły się one w filmie dokumentalnym "The Bielsky Brothers: The Unkown Partisans" (Soma Productions, 1993). Sulia wypowiada się w nim: "Wioska już nie istnieje. (...) Tego dnia pochowano 130 osób". W filmie tym (w którym wystąpił również jej mąż i inni uczestnicy grupy Keslera, który pochodził z Naliboków i też miał brać udział w masakrze) przyznano również, że grupy żydowskie dokonywały rabunków okolicznej ludności: "Największym kłopotem było (...) wyżywienie tylu ludzi. Grupy 10 do 12 partyzantów wymaszerowywały na odległość 80 do 90 kilometrów, aby rabować wioski i przynieść żywność dla partyzantów". Sulia pochwaliła przedsiębiorczość swego przyszłego męża Borysa za to, że obdarował ją futrem, ubraniami i butami. Wypowiedzi partyzantów żydowskich, jakie padły w tym filmie (w tym samej Sulii), też nigdy nie były kwestionowane. Dlaczego więc miałyby nie być prawdziwe? A według Głuchowskiego i Kowalskiego, nie są (o filmie w ogóle nie wspominają). Dlaczego? Bo jakoby "z grubsza zgadza się ilość zabitych, ale nie zgadza się co innego - opodal Nalibok nie było w czasie wojny żadnego getta". Ale słowo "opodal" jest bardzo względne. "Antysemici, którzy twierdzą, że zabijaliśmy Polaków, po prostu kłamią" Mamy również ustne przekazy, które potwierdzają udział ludzi Bielskiego. W 1996 r. "Gazeta Wyborcza" przytoczyła wypowiedź Longina Kołosowskiego "Longinusa", partyzanta AK: "Zaczęły się masowe rabunki wsi. I to nie było raz czy dwa, ale jedni wychodzili, drudzy wchodzili. Miejscowi zaczęli więc walczyć o chleb, organizowali polsko-białoruską samoobronę. (...) W Nalibokach wyrżnęli 127 ludzi z samoobrony. Wszyscy mówili, że Naliboki zrobił Bielski" (J. Hugo-Bader, A rewolucja to przecież miała być przecież przyjemność, "Gazeta Wyborcza", "Magazyn Gazety", 15 listopada 1996 r.). Dlaczego mamy im nie wierzyć właśnie teraz, skoro wcześniej takie przekazy były afirmowane? Świadkowie - Polacy mieszkający w Nalibokach - nawet w ostatnich latach bali się zeznawać. Maria Chilicka w liście do mnie z 3 marca 2004 r. napisała: "Faktem jest, że boją się zeznawać, bo ci bandyci są przy władzy w Polsce. (...) Myśmy wszystko stracili, raz spalili [nas] Sowieci z Żydami. Za trzy miesiące (...) spalili nas Niemcy. (...) Dla mnie wojna się nie skończyła, do dziś nie mamy spokoju w Polsce". Czy można się dziwić wszechobecnemu strachowi w tamtym pokoleniu? Po tym, co przeżyło podczas okupacji? Historyk Bogdan Musiał, badacz m.in. partyzantki sowieckiej na Kresach, przytacza dokument - rozkaz dla Brygady im. Stalina (z 3 czerwca 1943 r.), który jednoznacznie potwierdza, że byli mieszkańcy Naliboków byli wykorzystywani przez Sowietów w ataku na tę miejscowość: "Trzeba wskazać na fakt, że partyzant oddziału Dzierżyńskiego Józef Szymanowicz, który jako mieszkaniec Naliboków miał oddziałowi pokazać drogę w czasie marszu do tej miejscowości, zabłądził i nie doprowadził jednej z grup partyzantów na czas do miejsca wyjścia". Skoro w tym samym rozkazie są wymieniani liczni Żydzi, którzy zostali wyróżnieni za swą postawę "w partyzantce", to trudno zakładać, aby Sowieci nie wykorzystywali znających teren i miejscowe układy byłych mieszkańców tej miejscowości (zob. Bogdan Musiał, Sowjetische Partisanen in Weißrußland: Innenansichten aus dem Gebiet Baranovi˘ci, 1941-1944. Eine Dokumentation, Mün-chen: Oldenbourg, 2004, s. 190-191). Autorzy skupili się jednak na wybiórczych relacjach tych Żydów z grupy Bielskiego, którzy obecnie usilnie zaprzeczają swemu udziałowi w masakrze. Jeden z nich, Jakow Abramowicz, napisał: "Antysemici, którzy twierdzą, że zabijaliśmy Polaków, po prostu kłamią". Jest to "argument" mocny i obecnie bardzo skuteczny. Drugi - Jack-Idel Kagan, napisał mniej napastliwie, ale jednoznacznie: "Rozmawiałem po wojnie z wieloma byłymi partyzantami Bielskich i zapewnili mnie, że ich w Nalibokach nie było". Tenże sam Kagan kategorycznie wykluczył też udział Rubiżewskiego, opierając się na geografii: "Powtarzam, że cały maj spędziliśmy w okolicy wsi Stara Huta. To gdzie indziej". To jednak za mało, aby całkowicie wykluczyć udział partyzantów narodowości żydowskiej w masakrze. Tym bardziej że 14-letni Kagan do końca września 1943 r. przebywał w getcie w Nowogródku i na temat obozu Bielskich tak naprawdę nie miał nic do powiedzenia! I jeszcze jedno - Zvi Bielski (syn Zusa Bielskiego) stwierdził, że "Bielscy sprzątnęliby wszystkich mieszkańców wioski, jeśliby musieli, (...) ci ludzie byli okrutnymi zabójcami, kiedy musieli". Czy naprawdę musieli? Z pewnością konieczne są dalsze badania i poszukiwania, choć nieubłagany upływ czasu bardzo szybko zaciera resztki śladów. O wszystkim decydowali Sowieci, ale... Mimo wszystko dyskusja na te tematy - choć niepotrzebnie sprowadzona przez "Wyborczą" wyłącznie do zagadnienia: Żydzi czy nie-Żydzi? - jest bardzo potrzebna. Nie można oskarżać Żydów o zaplanowanie tej akcji czy kierowanie nią. O wszystkim, co istotne, decydowali przecież Sowieci. Ale grupy żydowskie były ich znaczącą częścią, trudno więc zdjąć z nich odpowiedzialność za wspólne dokonania. Partyzantka sowiecka, pokrywająca olbrzymie połacie północno-wschodnich krańców RP, była wielokrotnie silniejsza od partyzantki polskiej, która nie była w stanie w pełni chronić ludności polskiej i polskiego stanu posiadania. Należy przy tym pamiętać, że warunki okupacji i działalności partyzantki na tych ziemiach były zupełnie inne niż w centralnej Polsce. Tu Niemcy panowali jedynie nad strategicznymi drogami i liniami kolejowymi, ich garnizony stacjonowały tylko w większych miejscowościach. Wokół zaś była "ziemia niczyja", wydana na łup wszelkich band rabunkowych i sowieckich "otriadów". Były to dla nich Dzikie Pola, na których można było bezkarnie hasać: kraść, rabować, napadać, gwałcić, mordować. Raporty Delegatury Rządu i Armii Krajowej z tych terenów nie pozostawiają złudzeń co do istoty "sowieckiej partyzantki" oraz działającej ściśle w jej ramach "partyzantki żydowskiej". Jeden z nich tak to ujmuje: "Akcja band bolszewickich jest tak ściśle związana z działalnością band rabunkowych i tyle ma wspólnych z nimi cech, że trudno jest nieraz (je) rozróżnić. Specjalną kategorię, jak gdyby pośrednią, stanowią bandy żydowskie, szczególnie znienawidzone przez ludność za swą bezwzględną i pełną nienawiści postawę, przede wszystkim do wszystkiego, co jest polskie". Gdy dziś czytamy w zachodnich publikacjach o "polskich obozach koncentracyjnych", o "nazistowskiej AK", o współudziale Polaków w zagładzie Żydów, trudno oprzeć się przekonaniu, że mamy do czynienia z jakąś ogromną ofensywą propagandową. Bardzo często pojawiają się zarzuty (także w publikacjach dotyczących obozu Bielskiego), że AK dokonywała na nich mordów. Tylko że są to insynuacje bez pokrycia. Natomiast udział grup partyzantów żydowskich (w ramach oddziałów sowieckich) w bezwzględnym zwalczaniu oddziałów AK jest przecież bezsporny. Partyzantka sowiecka była dla ludności polskiej tych ziem "drugą okupacją", często groźniejszą i bardziej okrutną. Niemieckie pacyfikacje, choć straszliwe w skutkach, dokonywane były co jakiś czas w ramach akcji odwetowych lub zastraszających. Partyzanci sowieccy i żydowscy mogli przychodzić noc w noc. Zabierali dosłownie wszystko - nawet rzeczy, które w ogóle w ich leśnym życiu były nieprzydatne, ale przecież miały jakąś wartość. Ich działalność przeciwko Niemcom - w porównaniu do możliwości kadrowych i posiadanego uzbrojenia - była doprawdy znikoma. Do tego dochodziły gwałty na kobietach dokonywane z ogromnym okrucieństwem. Nie było przed tym obrony - polska partyzantka była nieporównanie słabsza, gorzej uzbrojona, mogła operować tylko silnymi oddziałami. "Ludność chwyta za broń w swej obronie" Głuchowski i Kowalski wiedzą o tym, ale tak naprawdę bagatelizują problem. W obozie Bielskiego wygląda to wręcz na sielankę: "Sam Tewje nie zaprzeczał po wojnie, że sypiał z wieloma kobietami, ale - przynajmniej w obozie - starał się unikać mężatek, obojętnie, czy mąż był w lesie, czy w getcie". To, co robił on i jego "bojcy" poza obozem, w ich opowieści właściwie nie istnieje. A przecież sprawa gwałtów na kobietach stała się jednym z głównych problemów w rozmowach polsko-sowieckich w połowie 1943 roku, gdy Polacy chcieli jakoś unormować stosunki z Sowietami. Apelowali o "(...) niewysyłanie Żydów na rekwizycje (ludność się skarży) samorzutnie chwyta za broń w swej obronie, bo ci się znęcają, gwałcą kobiety i małe dzieci (...) obrażają ludność, straszą późniejszą zemstą Sowietów, nie mają miary w swej nieuzasadnionej złości i w rabunku". Czy można to wszystko pominąć milczeniem, gdy bada się skomplikowane dzieje Kresów w tamtych latach? Czy można w ogóle mówić o klasycznej partyzantce w odniesieniu do grup żydowskich, które bardziej były "grupami przetrwania" i nie prowadziły walki z okupantem niemieckim? Czy można pomijać całkowitym milczeniem skomplikowane, nieformalne porozumienia grup żydowskich z Niemcami w Puszczy Nalibockiej (wspomina o nich choćby Sulia Rubin), a jednocześnie pisać o oddziałach AK por. Adolfa Pilcha, ps. "Góra", "Dolina", jako faktycznych niemieckich kolaborantach: "Polacy wespół z Niemcami konwojują transporty mąki idące do Mińska. Gdy napadają ich Sowieci - bronią się ramię w ramię". Dlatego tak łatwo Głuchowskiemu i Kowalskiemu udało się napisać o "polskim batalionie SS", którego przecież nie było. Należy życzyć autorom, aby w jakichkolwiek badaniach, w tym także historycznych, wykazali więcej staranności i nie pomijali niczego, co może być istotnym objaśnieniem. A przede wszystkim - aby nie szli na tak skandaliczne "skróty", które mają usprawiedliwić skandaliczne błędy. Widzowie zaś, którzy na film "Opór" mimo wszystko się wybiorą, powinni potraktować go z przymrużeniem oka jak filmową bajkę, która z historią prawdziwą, która jest nauczycielką życia - naprawdę nie ma nic wspólnego. ------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- "Film o Żydach-powstańcach to piramidalna bzdura" W piątek na ekrany polskich kin wchodzi amerykańska superprodukcja „Opór”, opowieść o żydowskich partyzantach Tewje Bielskiego. Dla Żydów to bohaterowie, którzy w obliczu Zagłady, zamiast iść jak owce na rzeź, postanowili działać. Zupełnie inaczej postać Bielskiego widzą polscy historycy. – Ten film oddaje tylko cząstkę prawdy, fałszuje historię. Jest szkodliwy dla stosunków polsko-żydowskich – mówi w rozmowie z Wirtualną Polską historyk z Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk prof. Krzysztof Jasiewicz. Joanna Stanisławska: Wiele środowisk w Polsce protestuje przeciwko emisji filmu „Opór”, który według nich jest kłamliwy, całkowicie fałszuje prawdę historyczną. Czy przedstawione w filmie realia są prawdziwe? Prof. Krzysztof Jasiewicz: Ten film jest piramidalną bzdurą, opisuje rzeczy, jakie na Nowogródczyźnie, w ogóle na Kresach Wschodnich w czasie wojny nie miały miejsca. Tewje Bielski jest owszem postacią autentyczną, wraz z braćmi stworzył w Puszczy Nalibockiej obóz, w którym końca wojny doczekało ok. 1200 Żydów, ale nigdy z Niemcami nie walczył, tak jak zostało to przedstawione w filmie. Joanna Stanisławska: Na ekranie zaś oglądamy szarżę na niemieckie czołgi w środku puszczy. Jak było naprawdę? Prof. Krzysztof Jasiewicz: W rzeczywistości ani oddział Bielskiego, ani inna działająca w tym rejonie grupa partyzantów pod dowództwem Simchy Zorina, licząca 562 osoby, nie prowadziły działalności bojowej. Bezpośrednia walka z Wehrmachtem nie była ich celem. Partyzanci byli tropieni przez Niemców, za przywódców była wyznaczona wysoka nagroda, ale członkowie formacji nie podejmowali walki z okupantami, a jedynie uciekali przed nimi, kryjąc się po lasach. Chcieli przetrwać. Ich główną aktywnością było pozyskiwanie prowiantu od głodujących chłopów. Napadali na polskie wsie, rabując resztki żywności. Żydowskie grupy odznaczały się wyjątkową brutalnością, dochodziło do morderstw, gwałtów. Joanna Stanisławska: Rekwizycje żywności robiła także Armia Krajowa i wszystkie inne partyzantki na świecie… Prof. Krzysztof Jasiewicz: Tak, z tą różnicą, że na ogół partyzanci mają poparcie ludności miejscowej. Wokół Puszczy Nalibockiej znajdowały się polskie dwory pod niemieckim zarządem, a partyzantom Bielskiego oparcia w Polakach brakowało. Z pewną dozą sympatii traktowała ich zamieszkująca te tereny ludność białoruska. Joanna Stanisławska: Partyzant z oddziału Bielskiego Anatol Wertheim pisał we wspomnieniach: „Jedzenia mieliśmy tyle, że posyłaliśmy nawet do Moskwy. Raz w tygodniu lądował na polowym lotnisku w puszczy samolot, przywoził gazety i materiały propagandowe, a zabierał samogon, słoninę i kiełbasy naszego wyrobu". Prof. Krzysztof Jasiewicz: Ilość żywności, jaką posiadali, była porażająca, a trzeba pamiętać, że w okresie wojny głód był powszechny. Te liczby znamy z ich własnych sprawozdań, które się zachowały w archiwach sowieckich. Historia Bielskiego, w filmie przedstawiona jednoznacznie pozytywnie, jednowymiarowo, miała jeszcze wiele takich „odcieni szarości”. Przypuszcza się na przykład, że od przybyłych do puszczy uciekinierów z gett pobierał haracz. Otaczał się też ogromnym luksusem, podczas gdy sytuacja materialna mieszkających w jego obozie Żydów była zła. Joanna Stanisławska: Czy partyzantka żydowska działająca na Kresach była kontrolowana przez Sowietów? Prof. Krzysztof Jasiewicz: Tak, oddziały, o których mówimy, walczyły po stronie sowieckiej. W 1943 roku, kiedy polsko-sowiecki konflikt wokół Katynia osiągnął swoje apogeum, kiedy Niemcy odkryli masowe groby polskich oficerów i nagłośnili sprawę, na Kresach rozgorzała jawna wojna. Partyzantka sowiecka rozbrajała polskie oddziały, mordowała polski element przywódczy. Żydzi również brali udział w tych akcjach. Zresztą Bielski, który był przedwojennym kapralem Wojska Polskiego, po 17 września 1939 roku, kiedy Nowogródczyzna przez dwa lata była częścią Związku Sowieckiego (do niemieckiego najazdu w czerwcu 1941) był sowieckim urzędnikiem. Jak więc sowiecki aparatczyk może być bohaterem? Joanna Stanisławska: Dla Żydów Tewje Bielski jest bohaterem, to drugi Oskar Schindler, a film „Opór” ma zrywać z panującym powszechnie przekonaniem o żydowskiej bierności wobec Zagłady, o tym, że Żydzi jak owce szli na rzeź, nie stawiali oporu. Prof. Krzysztof Jasiewicz: Ciężko uznać rabunki i napady na ludność cywilną za przejaw bohaterstwa. Rozumiem, że środowiska żydowskie chcą promować postawy swojego narodu, swoje tradycje, ale wydaje się, że przybrało to formę przesadzoną, bo nie może być tak, że dzieje świata są zdominowane przez jedno wydarzenie pod nazwą Holocaust. Inne narody też miały swoje tragedie, straszne momenty w historii, które jednak nie przebiły się do kultury masowej. Joanna Stanisławska: Przeciwnicy filmu, obawiają się, że utrwali on fałszywy obraz historii naszego regionu. Czy podziela Pan tę opinię? Prof. Krzysztof Jasiewicz: „Opór” powinien być poprzedzony informacją, że przedstawia opowieść fikcyjną. Można założyć, że Polacy w miarę się jeszcze orientują w faktach historycznych, ale zdecydowana większość widzów, którzy obejrzą ten film na całym świecie, za prawdę uzna to, co zobaczy na ekranie. To o tyle przykre, że na Kresach Wschodnich dochodziło do autentycznych przypadków bohaterstwa, które mogłyby stać się kanwą dobrego sensacyjnego filmu. Tak jak historia powstania w Czortkowie, kiedy grupa młodych chłopców porwała się z bronią na garnizon sowiecki. Zostali złapani, dostali karę śmierci, a część dalsze życie spędziła w łagrach. Niesłychanym bohaterstwem wykazał się również podpułkownik Jerzy Dąbrowski, który w 1939 roku po klęsce wrześniowej walczył z bolszewikami w Puszczy Augustowskiej. Jego odział walczył okrył się taką sławą, że w 1939 roku pisał o nim brytyjski „The Times”. Wobec tych przykładów bohaterstwa, historia oddziału Bielskiego wydaje się czymś zupełnie prozaicznym. Rozmawiała Joanna Stanisławska, Wirtualna Polska ------------------------------------------------------------------------------------------------------ Potocznie mianem polityki historycznej określa się coś, co należałoby nazwać raczej historycznym pijarem: propagandowe wycinanki z dziejów, nadawanie rozgłosu i znaczenia pewnym epizodom i postaciom, a tuszowanie innych, zwykle prowadzące do zupełnie groteskowego wykoślawienia historii. Rosja nagłaśnia rocznicę wypędzenia z Kremla polskich okupantów, Niemcy kręcą filmy o uczestnikach antyhitlerowskiej konspiracji w czasie wojny (wszystkich dziewięciu), a Hollywood przerabia Żydów, którzy z bronią w ręku rabowali polskich wieśniaków, na bohaterskich partyzantów. Na taką politykę historyczną innych nacji powinniśmy odpowiedzieć, zdaniem wielu, pięknym za nadobne. Zrobić film o powstaniu warszawskim i Monte Cassino, wrednemu stereotypowi Polaka-bigota i antysemity z popkultury zachodniej przeciwstawić, na miarę posiadanych środków, pozytywny stereotyp Polaka – bohatera walki o wolność. Na razie niewiele się w Polsce w tym kierunku robi, ale przynajmniej się o tym mówi, i to mówienie jest o tyle dobre, że przynajmniej odstąpiono od polityki historycznej, jaką postulowano wcześniej, szermującej hasłem „odbrązawiania”, a w istocie ożywianej perwersyjną chęcią poniżania własnego narodu i odbierania mu tych resztek dumy, jakie jeszcze czerpie ze swej przeszłości, w przekonaniu, że tylko przez takie przeczołganie wiedzie droga do jego europeizacji i modernizacji. Gdy więc czytam, że odłożono ad acta scenariusze demaskatorskiego filmiku o 13. posterunku na Westerplatte albo wrednego produkcyjniaka o Jedwabnem, to mam nadzieję, że może przynajmniej w tej kwestii IV RP nie okaże się tylko „pieredyszką”, ale trwałą zmianą. Rafał A. Ziemkiewicz Więcej tu: http://www.rp.pl/artykul/61991,252827.html |
Cechą charakterystyczną współczesnych konfliktów zbrojnych jest wzrastająca ranga jednostek specjalnych oraz zadań przez nie wykonywanych. Misje w Afganistanie i Iraku były sprawdzianem bojowych zdolności naszych żołnierzy. O to, jak obecnie wyglądają i jak powinny wyglądać pOlskie jednostki specjalne, zapytaliśmy dowódcę 1. Pułku Specjalnego Komandosów. pułk. Piotra Patalotlga. - Panie Pułkowniku, wie Pan, że pierwsza akcja specjalna rycerzy komandosów miała w Polsce miejsce w 1233 roku? - Nie wiedziałem, ale pewnie poszło o kobietę. One bardzo często były z tymi działaniami jakoś tak dziwnie kojarzone. - Ma pan rację. Wtedy z rąk księcia Konrada Mazowieckiego odbito uwięzioną wdowę po Leszku Białym. Jeśli nie z kobietami, to z czym i z kim powinny być kojarzone działania specjalne? - Definicji działań specjalnych jest tyle, ile regulaminów walki. Należałoby zacząć od odpowiedzi na pytania: czemu mają stużyć, przez kogo są prowadzone i jaki jest ich cel końcowy? Obecnie rozwój sił specjalnych w śWiecie poszedł tak daleko, że dość łatwo można sprecyzować, co to w ogóle są siły specjalne i jakie zadania mają wykonywać. - Czy mógłby Pan to ująć w jakąś krótką definicję? - Myślę, że gdybyśmy teraz zaczęli precyzować zadania stojące przed siłami specjalnymi, formy dziatania itd., napisalibyśmy (zupetnie niechcący) kolejny regulamin walki. Amerykanie wymieniają kilkanaście zadań stawianych siłom specjalnym. Nasz regulamin charakteryzuje cztery glówne i kilka pomocniczych. Sądzę jednak, że najmniej ważne jest licytowanie się, kto ma ich więcej. Uczy się natomiast jak są one prowadzone. - A co uważa Pan za najważniejsze w siłach specjalnych? -Żołnierza! On - mimo rozwoju technik walki - wciąż jest podstawowym i jednocześnie najważniejszym elementem działań na polu walki. Tak, moim zdaniem, było zawsze i tak jest obecnie. - Krótko mówiąc: mimo upływu tysiącleci owa przysłowiowa stopa żołnierza wciąż jest najważniejsza. Czy uważa Pan, że tak będzie i w przyszłości? - Nie wiem. I chyba nikt nie wie czy będzie to nadal stopa żolnierza, czy stopa robota. Ale ona będzie, na pewno. - Kim powinien być żołnierz XXI, może XXII, wieku z punktu widzenia dowódcy 1. Pułku Specjalnego Komandosów? - Może nim być żołnierz każdego rodzaju wojsk. Bo każdy żolnierz na polu walki ma swoje miejsce i zadanie! Jestem glęboko przekonany, że w ogniu walki, niezależnie od wieku, będzie potrzebny i piechur, i logistyk, i każdy inny specjalista, tyle że wyposażony i działający w myśl zasad taktyki typowych dla swojego czasu. Wbrew opiniom pojawiającym się ostatnio dość często, daleki jestem od stwierdzenia, że obecnie nastał czas wylącznie sił specjalnych - a reszta formacji to nieprzydatne tło. Oczywiście, w ostatnim czasie wzrasta ranga jednostek specjalnych, to zjawisko nieodwracalne. Analiza wspólczesnych konfliktów zbrojnych wskazuje na potrzebę ich rozbudowy, lecz wymusza również tworzenie tzw. jednostek lekkich ogólnego przeznaczenia. Ale bądźmy realistami: siły specjalne powinny i muszą mieć za sobą inne jednostki, wspierające i zabezpieczające ich działanla w ramach operacji specjalnej. Oczywiście trzeba tu stworzyć odpowiedni system współpracy między nimi z właściwymi programami szkolenia i uzbrojeniem. Ten system oraz jednostki w nim działające powinny współdziałać ze sobą w odpowiednich proporcjach. Podkreślam jednak po raz kolejny - siły zbrojne to nie tylko siły specjalne. - Sporo się mówi ostatnio o formacjach lekkich. Jakie one - zdaniem dowódcy 1. PSK - być powinny. - Myślę, źe nie wolno mylnie stosować tego pojęcia. Czy formacje lekkie to tylko (w naszych polskich realiach) 25. Brygada Kawalerii Powietrznej lub 6. Brygada Desantowo-Szturmowa? Moim zdaniem nie. To mogą być przecież także odpowiednio wyposażone pododdzialy piechoty. Jeśli tak je zdefiniujemy, to jesteśmy już tylko o krok od nomenklatury zachodniej. Tam coraz częściej, mówiąc o formacjach lekkich, używa się terminu "jednostki zdolne do przerzutu": Jak powinny one być wyposażone? Na pewno w taki sprzęt i broń, która zapewni im odporność. Mam tu na myśli odporność co najmniej czasową na spotkanie z jednostką ciężką, która pozwoliłaby im, w pewnym stopniu oczywiście, na podjęcie skutecznej walki. Dlatego też te formacje potrzebują bardzo specjalistycznego sprzętu i oczywiście wsparcia z powietrza (śmiglowców). Proszę spojrzeć na ostatnie konflikty w Afganistanie i w Iraku. To przede wszystkim operacje specjalne! Już Afganistan pokazał, co można osiągnąć prowadząc takie operacje. W Iraku wykorzystano oddzialy specjalne, ich liczbę, silę i zdolność do prowadzenia sieciocentrycznych dzialań bojowych po to, by na szczeblach taktycznych torować wejście innym rodzajom wojsk. Po raz pierwszy doszło do niezmiernie ciekawego użycia sił specjalnych: nie wyznaczono im wylącznie szeregu celów strategicznych, ale raczej kierunki i zadania taktyczne. I ten ciąg malych, taktycznych zwycięstw zlożył się na sukces strategiczny operacji. Utworzono system, w którym siły specjalne doskonale funkcjonowały i współpracowały z innymi rodzajami wojsk. To oddzialy "zielonych beretów", z którymi 1. PSK jest coraz bardziej tożsamy, otwieraly drogi, wskazywaly cele, oznaczaly przejścia dla nacierających jednostek pancernych, zmechanizowanych, a nawet powietrzno-desantowych. Nikomu nie przyniosło to ujmy, nikt się też z tego powodu, jak sądzę, nie obrażal. To jest nowe podejście do czegoś, co można nazwać operacją specjalną lub wręcz systemem operacji. Już w Afganistanie siły specjalne wprzęgnięto w działanie całości wojsk, nadając mu cechy operacji specjalnej. Bo operacje specjalne z założenia są efektywne (nie efektowne) i na tyle elastyczne, że idealnie wkomponowują się w potrzeby asymetryczności wojny i charakteru działań prowadzonych przez przeciwnika. I taki system trzeba budować u nas, a póżniej zreformować struktury i przygotować do tego typu działań ludzi. Działania w Iraku pokazały, jak sądzę, właściwy kierunek. - W świetle tego, co Pan mówi, jak można dziś ocenić odporność 1. PSK ? - Owa odporność zależy od typu działań. Na przykład w rozpoznaniu specjalnym nie ma jej dziś i nie będzie w przyszłości, bo podstawową realizacji zadań z tego zakresu jest taktyka unikania i ucieczki. Jeśli sekcja działań specjalnych ma prowadzić rozpoznanie specjalne, to zamiast wielu kilogramów ciężkiego uzbrojenia i amunicji zabierze raczej sprzęt niezbędny do skutecznej obserwacji, co już z założenia czyni ją mniej odporną. Na ogół działamy tak, by nie spotkać na swojej drodze nikogo, żadnego patrolu przeciwnika czy nawet przypadkowego cywila... Przy każdym takim kontakcie sekcja, grupa czy zespół - przepadają, i niezależnie od tego jak wielkie straty zadadzą przeciwnikowi, nie osiągają zakładanego celu działań. Inaczej jest w czasie mających ofensywny charakter akcji bezpośrednich, ale tó zupełnie inny temat. - Jak wygląda system szkolenia w 1. PSK? Tak samo jak w innych pododdzialach wojsk lądowych? - Jeśli ma pan na myśli programy szkolenia, plany zajęć, to są one takie jak w innych jednostkach. Nasz dzień różni się jednak od typowego dnia żołnierza wojsk lądowych. Każdy pododdział ma inny porządek dnia. To wynika z zadań, do jakich się przygotowuje, czyli specyfiki szkolenia. Pułk jest jednostką w pełni zawodową, więc siłą rzeczy szkoli się na nieco innych zasadach. 1. PSK jest jednostką specyficzną i rządzi się swoimi prawami. Tak było zresztą zawsze. Spójrzmy dla przykład na wprowadzane do szkolenia Wojsk Lądowych, w wyniku doświadczeń irackich, strzelania sytuacyjne. One i strzelania specjalne były u nas "od zawsze". Uważam, że kierunek zmian wyznaczony przez Dowództwo Wojsk Lądowych jest słuszny. Pole do wykazania się i konkretnych działań daje też zapis o samodzielności dowódcy zespołu i pułku. Powinien zdawać sobie sprawę z potrzeb wlasnego oddzialu, opracować odpowiednie cele i je zrealizować. - Nie wspomina Pan nic o środkach na te cele. - O jakich środkach? Ja zawsze wyznawałem zasadę: masz, chcesz, rób! Może dlatego zawsze irytowały mnie narzekania innych, którzy nie mogli czegoś zrealizować, bo im nie dano: amunicji, paliwa, nie podwieziono na poligon czy strzelnicę. W tej chwili dowódca ma płelen wachlarz możliwości. Nie stać cię na ten wariant wybierz inny. Nie odpowiada ci ten projekt - stwórz własny i realizuj go, działaj, pokaż, że potrafisz. Każdy, kto uczestniczyl w działaniach bojowych, wie, że nigdy nie ma się komfortowej sytuacji w ich prowadzeniu. Kto nie jest zdolny szkolić przy istniejących ograniczeniach, tym bardziej nie pOdola dowodzeniu w działaniach bojowych. - Ale przecież to jest branie odpowiedzialności na siebie. - I o to chodzi. Przecież dlatego wyznacza się ludzi na odpowiedzialne stanowiska i daje się im pensje, by tak właśnie robili! Uważam, że czasy, kiedy najlepiej było w armii nie mieć własnego zdania, są już przeszłością. Irak dokonał w naszym wojsku przewrotu. Ponieśliśmy oczywiście ogromne ofiary, ale ta misja była i jest imponującym wyzwaniem dla naszego wojska. Wystarczy teraz na nie spojrzeć. To jest zupełnie inne armia, a zmiany w niej jeszcze nie dobiegly końca. Wraz z użyciem pododdziałów do działań bojowych zostały u nas przełamane bariery. Dokonała się selekcja, która pokazała, kto się sprawdził, a kto nie dał rady; co daje się zrealizować, a co trzeba zmodyfikować. Zaczęto z tego wszystkiego wyciągać wnioski i to jest moim zdaniem - bardzo dobre. - Wróćmy może do wspomnianej odpowiedzialności. Zawsze brał Pan służbowe sprawy w swoje ręce? - Raczej tak... Miałem też chyba szczęście. Jak dziś spojrzę wstecz, to zawsze w wojsku udawało mi się dostać to, co najlepsze. Tak było w pododdziałach specjalnych 12. Dywizji, w 56. Kompanii Specjalnej, z wyjazdem do USA, kursem Rangers; tak było z misją w 1992 r. wKrajnie (była Jugosławia) z 1. batalionem, w Bośni, gdzie byłem zastępcą dowódcy kontyngentu. Tak było i potem, w sztabie 6.BDSz i w 25. BKPow, gdzie rozpocząłem dowodzenie jednostkami: 7. Batalionem Ułanów Lubelskich, 18. batalionu desantowo-szturmowego w 6. BDSz. Tak też było w Iraku, gdzie dowodziłem 1. batalionową grupą bojową. Myślę, że to szczęście nie opuszcza mnie i teraz, w 1. PSK. Chyba znalazłem kiedyś ten przysłowiowy kamień żołnierskiego szczęścia. b]- Na ile pomógł w tej drodze kurs Rangers?[/b] - Wbrew pozorom niewiele. Otworzył mi jednak oczy na wiele spraw. Na kursie tym zrozumiałem, że wcześniej uczono mnie zabawy w wojnę (a miałem już za sobą 15-letni staż w wojsku), a na kursie zacząłem się uczyć wojny! To niezwykłe, ale właśnie do takich wniosków dochodzimy realizując misje poza granicami kraju. - Nie miał Pan ochoty zorganizować podobnego kursu w Polsce? - Nie. Szybko zrozumiałem, że tego się nie da przenieść na inny grunt. My mamy zupełnie inną tradycję i, co chyba jest najważniejsze, całkowicie inny system szkolenia; zupefnie inne wartościowanie odpowiedzialności. Przykładowo: idzie pan teraz do jednostki i decyduje: od jutra szkolenie organizuje najstarszy sierżant. I co? Tego się nie da zrobić! Są rzeczy, których po prostu nie da się przenieść na nasz grunt. Nie znaczy tO że nie należy korzystać z nowych doświadczeń. Jak najbardziej. Trzeba ich szukać i wynajdować to, co najlepsze, a potem adaptować do naszych warunków. - Gdzie tkwi tajemnica pańskiego sukcesu, szczęścia? - Chyba w tym, że lubię to, co robię. Zawsze uważałem, że moja praca musi mnie cieszyć. I każdemu z moich podwładnych starałem się to przekazać. Wojsko musi dawać satysfakcję. Inaczej służba nie ma sensu. - Jak wygląda dzień dowódcy 1.PSK? Ile jest w nim miejsca dla wojownika, a ile dla administratora? - Dzień dowódcy jest zazwyczaj dlugi i wypelniony podejmowaniem wielu różnych decyzji. Zacznijmy przede wszystkim od tego, że nigdy nie czulem się wojownikiem. To jest określenie, które ja inaczej definiuję. Jestem żolnierzem i kropka. Zresztą, odbieram to określenie jako pewien obraz pychy, której dobry żolnierz powinien się wystrzegać, bo żolnierz doskonały nie istnieje. Swoim podwladnym zawsze powtarzam: jeśli uważasz, że jesteś doskonaly - odejdź z pułku, bo to Twoje niezadowolenie powinno być motorem Twojego rozwoju. Co do administracji, to jest to rzecz nieunikniona, codzienność, z którą trzeba się pogodzić. Jedyne, co można robić, to próbować nie tracić kontaktu z ludźmi. Druga ważna sprawa to posiadanie wlasnej wizji. Mając ją, człowiek się realizuje. Posłużę się znów przykładem Iraku, gdyż udowodnił mi, że wszystko, co robiłem do tej pory, nie poszło na marne, że nie roztrwoniłem czasu i nie zepsułem ludzi, których szkoliłem. I tu znów wracam do mojej maksymy: trzeba chcieć. działać i lubić to, co się robi. Wtedy człowiek nie marnuje czasu, nie traci łączności z ludźmi, a to, co robi, ma sens. - Dzień żołnierzy 1. PSK jest równie długi? - I zróżnicowany. To przede wszystkim szkolenie. Tego na pierwszy rzut oka nie widać, ale w tym oddziale każdy robi swoje. I to jest najważniejsze. Obecnie w 1.PSK służą wyłącznie zawodowcy, którym przyświeca jeden cel - ciągle do przodu. W tej jednostce nie ma po prostu miejsca dla ludzi innego pokroju. - Zawodowstwo zawodowstwem, ale do tej pory pułk nie był na misji jako cała jednostka. - Prawda jest taka, że żadna jednostka organiczna powyżej batalionu nie była na misji. Przed laty nasi żołnierze jeździli w różne miejsca na świecie. Wielu było w Libanie, kilku innych w Syrii, Kambodży. Moim zdaniem, to byt chaos, ale to się na szczęście zmienia. Pułk w tej chwili wziął oddech. Żołnierze w ramach etatowych struktur realizowali lub realizują zadania w Macedonii, Pakistanie, Afganistanie, Iraku. Są praktycznie we wszystkich punktach zapalnych na świecie. Nie ma wyjazdu dużej polskiej jednostki bez komponentu z Pułku Specjalnego. Nie mówimy, rzecz jasna, o dużych elementach. To są małe grupy, ale zawsze organiczne, spelniające zadania, których poza nimi nie może wykonać nikt inny w Wojskach Lądowych. Mam więc swoich żołnierzy praktycznie na calym świecie. Jak wygląda rekrutacja żołnierzy do pułku? - Istnieją dwa kierunki. Pierwszy to rekrutacja żołnierzy od stopnia sierżanta w górę do pododdzialów bojowych. To bardzo długi i złożony system weryfikacyjny. Drugi - rekrutacja szeregowych zawodowych i podoficerów specjalistów do Zespolu Zabezpieczenia, opierająca się na innych, mniej zlożonych zasadach. - Jak z zewnątrz, z innych jednostek, można dostać się do pułku? - Trzeba przejść badania psychologiczne, egzamin sprawnościowy, kilkudobowe sprawdzenie parametrów psychofizycznych podczas zajęć w terenie. Podstawą naszych kursów weryfikacyjnych jest odpowiedż na pytanie: kogo w naszych szeregach potrzebujemy?Czy osiłka, którego złamie nawet nie przeciwnik, ale głód i pogoda, czy człowieka na pozór zwykłego, którego umysł i wola sprawią, że będzie "darł asfalt", żeby wykonać zadanie? Do tego dochodzi, oczywiście, znajomość języków obcych, kwalifikacje specjalistyczne i - co dla mnie jest bardzo ważne - opinia przełożonego. Żaden najtrudniejszy nawet kurs czy sprawdzian nie powie nam o człowieku wszystkiego. Stąd wymóg opinii i oceny wcześniejszej służby. Moim zdaniem żołnierz formacji specjalnych musi mieć korzenie w innych jednostkach. Musi być związany z wojskiem znajomością fundamentalnych zasad jego funkcjonowania. - Dlaczego nie użył Pan słowa - elitarność? Nie ma Pan poczucia elitarności 1. PSK? - Nie, bo elitarna może być każda jednostka. Na przykład dla mnie może nią być nasza brygada pancerna wyposażona w Leopardy. Czym jest elitarność? To tylko słowo. Elitę zaś tworzą ludzie, a nie słowa. Jeżeli są oni profesjonalistami - są elitą. I nikt nie musi o tym mówic. Jeżeli o elitarności ma świadczyć wyłącznie napis na koszulce lub kolor beretu, to dla mnie za mało. Podobnie nie ma dla mnie znaczenia to, czy ktoś uważa mnie za komandosa czy nie. Nie widzę racjonalnych powodów takiego podejścia do elitarności. Zresztą to są słowa, a szermierka nimi nie jest zajęciem godnym żołnierza. Kiedyś spotkalem się z mottem Zielonych Beretów: "cisi profesjonaliści; o nas się nie gada, my robimy swoje ". Dlatego nie uważam, by uzasadnione było przesadne nagłaśnianie działań jednostek specjalnych. Ilu znamy z nazwiska dowódców SAS czy Delty? Czy pisze się o nich w mediach? A u nas ledwie nowy dowódca obejmie obowiązki, a już staje się osobą publiczną. Uważam, że nie tędy droga. To było dobre, gdy bawiliśmy się w wojnę. Gdy włączyliśmy się w nią, gdy chcemy walczyć ramię w ramię znajlepszymi, nadszedł czas, by to zmienić. Można oczywiście cieszyć się sukcesami jednostek, pisać w szczegółach o misjach i operacjach, ale co najmniej kilkanaście lat po ich zakończeniu. - Wróćmy jeszcze do elitarności. Pytałem nie bez powodu, bo to Pan przecież kiedyś rzucił w 25. BKPow. hasło: jesteśmy najlepsi! - Tak. I to mnie nauczyło pokory. Już nigdy tak do żołnierzy nie powiem. Oddźwięk tamtego zdarzenia wciąż pamiętam. Jak zresztą i inne nauki. Oprócz żołnierskiego szczęścia wojsko nie szczędziło mi także lekcji pokory, dostatem ich kilka. Na początku to byla misja UNPROFOR. Zobaczylem wojnę, trupy i mimo że sam stałem niejako z boku, myślalem, że złapalem Pana Boga za nogi. Nic podobnego. Bośnia i misja w szeregach SFOR byla kolejną lekcją. Ale tu już moglem działać. Mieliśmy dobrze wyszkolonych ludzi, sprzęt, śmigłowce, prowadziliśmy działania i operacje, jakie do tej pory moglem tylko oglądać w filmach. Jednym stowem - ideal. I przyszedł Irak z calym swoim bagażem doświadczeń. I kolejne lekcje pokory. Te najtrudniejsze - decyzje o użyciu broni! Samodzielne decyzje, konieczność przełamywania blokady w ludziach. Potem kolejne - potrzeba, nie konieczność, zahamowania tego, co się odblokowalo! Podczas tych dzialań nauczyłem się jednego: nie wartościować żolnierskiej krwi. Nie oceniać. Bo nie ma żadnej różnicy czy żołnierz ginie w patrolu na irackiej ziemi, czy wchodzi na minę w Libanie lub na Wzgórzach Golan. Kiedyś i przez to musialem przejść, bo pozwolilem sobie na ocenę ważności misji i żolnierskich postaw. Życie udzieliło mi wtedy kolejnej lekcji. Dlatego nie lubię mówić ani o elitarności, ani o innych podobnych bzdurach. To, kim się jest, trzeba pokazać. Prawdziwy żolnierz nie dba o to, czy jest w formacji elitarnej, czy nie. Do tego trzeba pokory i dojrzałości, którą można zdobyć nie siedząc za biurkiem, ale znajdując się w pierwszym szeregu, wśród swoich żolnierzy. - A elitarność jako symbol? Żołnierz musi mieć symbole, z którymi mógłby się utożsamiać. - Jak najbardziej, ale te symbole powinny być wewnątrz jednostki, One mają spajać, a nie dzielić. Bo każde mówienie o jednostkach lepszych, gorszych czy elitarnych dzieli. W swoim, dość długim żołnierskim życiu nie spotkalem tak naprawdę idealnej jednostki. Bo takiej nie ma. Każda to przecież ludzie, a oni są różni. Jeden uczy się szybciej, drugi wolniej. Zresztą, zmienia się samo pojęcie elitarności. Proszę się zastanowić. Elitarna gwardia Armii Czerwonej ginęła tysiącami na froncie gardząc śmiercią. I to wtedy była elita. Potem w szkolach oficerskich wpajano nam, że trzeba walczyć do ostatniej kropli krwi i zginąć za Ojczyznę. I to była miara patriotyzmu - śmierć za kraj. W ten sposób moźna się było dostać do żołnierskiej elity. A tu proszę - obecne konflikty pokazują nam inne oblicze patriotyzmu. Przetrwać! Żolnierzowi nie wolno bezsensownie poświęcać się, ginąć i polec. Rzecz w tym, by jak najdłużej walczyć i służyć dla kraju. Ani mina, ani kula nie wybierają. Ginie na nich zarówno żolnierz z jednostki, którą określa się mianem elitarnej, jak i ten z każdej innej. Ginie najczęściej dlatego, że popelnil błąd. I tu dochodzimy do miary elitarności profesjonalizmu. On pomaga przetrwać, walczyć i zrealizować powierzone zadanie. I to jest ta miara, o której powinniśmy mówić. - Nie może Pan jednak zaprzeczyć, że z racji swojej specyfiki 1. Pułk Specjalny Komandosów' musi się różnić wyposażeniem i uzbrojeniem od innych jednostek? - Tak. Kiedyś, przed laty, popefniono bfąd, wtfaczając go sztucznie i chowając gfęboko w strukturach wojska, zaopatrując na równi z jednostkami ogólnowojskowymi. Teraz staramy się naprawić ten bfąd. Pufk już wykorzystuje noWe wyposażenie. Rzecl jednak nie w tym, by mieć kolejne, fadne ,;zabawki". Trzeba się umieć nimi posfugiwać. Dlatego trzeba dobrze się zastanowić, co, kiedy i jak wymieniać. Nie ma sensu wymieniać tego, co się sprawdza. - Czy w 1. PSK pełnią służbę także kobiety, a jeśli tak, to czy widzi Pan zasadność ich służby w formacjach specjalnych? - Tak, służą. Osobiście nie jestem ani zwolennikiem służby kobiet w armii, ani przeciwnikiem. Uważam, że ich obecność w wojsku to proces nieodwracalny. Więc jeżeli tylko spełnią wymogi, jakie są stawiane żołnierzom jednostki specjalnej, z pewnością kiedyś liczniej pojawią się i w naszym pułku. Jestem przekonany, że doskonale sprawdzą się jako żofnierze w naszej formacji. Dziękuję za rozmowę Sławomir Galicki MMS "Komandos" 5/2006 Materiał dzięki uprzejmości ekipy MMS "Komandos" |
ja słyszałam coś ze to ma nie byc najdłuzszy tom ma podobno 800 stron czy jakoś a wkleje to co bedzie w 7 tomie... (niektóre ptk sa tak głupie.... ) 1. Harry skończy 17 lat, stanie się pełnoprawnym czarodziejem. Zda egzamin na teleportację. 2. Jeżeli Hogwart zostanie otwarty - a zapewne będzie - Harry powróci tam wraz z przyjaciółmi, lecz nie wiadomo, czy będzie chodził na zajęcia. Czekać go także będą OWUTEMY, czyli Okropnie Wyczerpujące Testy Magiczne. Egzaminy dojrzałości. 3. Harry powróci do Dursleyów po raz ostatni. 4. Harry rozpocznie 'polowanie' na horkruksy. Uda się do Doliny Godryka, odwiedzić grób rodziców. Będą mu towarzyszyć Ron i Hermiona. Udadzą się także na ślub Billa i Fleur. 5. Na ślubie zapewne poznamy głębiej rodziny Weasleyów i Delacour. 6. Harry i Ron nie przeczytają 'Krótkiej Histrorii Hogwartu'. 7. Ujrzymy ostatnią konfrontację siły Harry'ego i Voldemorta. Zgodnie z przepowiednią - jeżeli ta się spełni - Harry, Voldemort lub obaj - zginą. 8. Poznamy prawdziwą osobowość Snape'a ( JKR: Więc dobrze, to oczywiste, że relacje Harry-Snape są teraz bardzo osobiste, jeśli nawet nie bardziej, niż Harry-Voldemort. I nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, bo to byłby kolejny "spoiler" części siódmej, czyż nie? Cokolwiek nie powiem na ten temat, jest oczywiste, że ma to ogromny wpływ na to, co stanie się w kolejnej części, kiedy Harry i Snape znowu się spotkają, wiec naprawdę nie mogę… 9. Dowiemy się, dlaczego Dumbledore jest tak zaślepiony i wierzy ludziom na słowo ( JKR: No więc, na ten temat znajdzie się informacja w tomie siódmym. Ale dodam, że wydaje mi się, iż tomy 5 i 6 wystarczająco jasno pokazały, że ogromna potęga umysłu nie uchroni cię przed emocjonalnymi błędami i uważam, że Dumbledore jest tego znakomitym przykładem. Właściwie to skłaniałabym się ku tezie, że bycie bardzo, bardzo inteligentnym może stwarzać pewne problemy i tak właśnie było z Dumbledorem, ponieważ jego mądrość w pewnym sensie go wyizolowała. I sądzę, że wyraźnie widać to w książkach, bo gdzież jest ktoś jemu równy, gdzież jest jego powiernik, wspólnik, gdzie ktoś, u kogo może zasięgnąć rady? Nie ma nikogo takiego. To on jest zawsze tym, który daje, to on jest zawsze tym, który ma wzgląd na wszystkich, to on zawsze jest tym, który posiada wiedzę. Nawet jeśli McGonagall jest bardzo wartościową postacią i drugą nauczycielką w szkole po Dumbledorze, to na pewno mu nie dorównuje. Macie dość wymijającą odpowiedź, ale to niestety wszystko, co mogę ujawnić na ten temat.) 10. Znów pojawi się Umbridge. 11. Ostatnie słowo książki być może będzie brzmiało blizna, ale ... (ES: Czy ostatnim słowem siódmej części wciąż jest „blizna”? JKR: W tym momencie tak, ale zastanawiam się czy w istocie tak pozostanie.) 12. Tajemniczy R.A.B to albo Regulus Arctus Black, lub Rabastian, krewny Bellatriks. 13. Dowiemy się jakie zaklęcie rzucił Dumbledore na Voldemorta w Ministerstwie (MA: Teraz kiedy Dumbledore’a już nie ma, czy kiedykolwiek dowiemy się, co to było za zaklęcie, które rzucił na Voldemorta w Ministerstwie? JKR: Uuummm...[wydaje dziwny odgłos ] ES: Trzeba tu odnotować, że z jej ust wydobył się tajemniczy odgłos… [ogólny śmiech, szczególnie Jo] JKR: Tak to możliwe, możliwe, że dowiecie się tego. Dowiecie się — [pauza] — Dowiecie się znacznie więcej o Dumbledorze. Musze być teraz bardzo ostrożna z tym. 14. Pojawi się cmentarz niedaleko Hogwartu. (wywiad z DVD W.A) 15. Być może poznamy rodzinę Dumbledore'a ( JKR: Postrzegam go głównie jako swojego rodzaju samouka. Jednakże miał za swoich czasów w szkole dostęp do najznakomitszych nauczycieli, jakich kiedykolwiek posiadał Hogwart, więc otrzymał też solidną edukację, choć nie inną niż pozostali. Rodzina Dumbledora będzie dla nas najlepszym źródłem informacji na jego temat. MA: Jego rodzina? JKR: Tak, rodzina. MA: Możesz nam powiedzieć na ten temat coś więcej? JKR: Nie. [Śmiech.] 16. Dumbledore nie powróci jako duch. Zginął na dobre. Ale nie zapominajmy o portrecie dyrektora w gabinecie... 17. Ron i Hermiona będą razem. 18. Giny dowiedzie, że potrafi robić wielkie rzeczy ( MA: Czy nosi ona w sobie jakieś ukryte znaczenie? Mam na myśli tę całą historię z Tomem Riddle’em i to, że jest siódmym z kolei dzieckiem Weasleyów. JKR: Ginny była pierwszą córką urodzoną w rodzinie Weasleyów od pokoleń. Jest jeszcze taka bardzo stara tradycja związana osobą siódmej córki zrodzonej z siódmej córki i siódmego syna, a to dotyczy Ginny i właśnie dlatego jest bardzo utalentowaną czarownicą. Myślę że zdążyliście to zauważyć, bo Ginny potrafi robić bardzo imponujące rzeczy tu i ówdzie i będziecie mieli okazje, by to znowu zobaczyć. ) 19. Dowiemy się wiele i Lily Evans - o jej przeszłości. Ma odegrać ona znaczną rolę w fabule. 20. Dowiemy się, dlaczego w oku Dumbledore'a pojawił się błysk satysfakcji, kiedy Harry powiedział, że Voldemort mógł go dotknąć (MA: Czy ten błysk triumfu (w oczach Dumbledora, gdy Harry powiedział mu - pod koniec czwartej części - że Voldemort znów mógł go dotknąć) będzie miał jakieś konsekwencje w przyszłości? JKR: To ma ogromne znaczenie. I nie powiem nic więcej na ten temat. Na razie pozostawię to sprawności waszej wyobraźni.) 21. Harry dowie się o rzeczach, które poznał w przeszłości, które pomogą mu odnaleźć horkruksy ( JKR: To ogromne wyzwanie. Ale Dumbledore dał mu kilka cennych wskazówek, a również Harry w sześciu poprzednich książkach zgromadził mnóstwo potrzebnej wiedzy, o której istnieniu nawet sobie jeszcze nie zdaje sprawy. Nie powiem nic więcej na ten temat.) 22. Ginny nie będzie opętana przez Voldemorta (JKR: A Ginny na pewno nie jest już w żaden sposób opętana przez Voldemorta. Gwarantuję wam to.) 23. Glizdogon spłaci dług względem Harry'ego (MA: A czy ma u Harry’ego dług za uratowanie jej życia? JKR: Nie. Ale z Glizdogonem to zupełnie inna sprawa. Wiecie, że część mnie naprawdę chciałaby wyjaśnić, o co chodzi w tym wątku, ale ze względu na fabułę siódmej części naprawdę nie mogę tego zrobić.) 24. Snape był kiedyś kochany przez pewną osobę (MA: Och, jest jeszcze jedno pytanie, które bardzo chciałam ci zadać. Czy Snape był kiedykolwiek kochany przez kogoś? JKR: Owszem, był. Ok, jeszcze tylko po jednym pytaniu od każdego!) 25. Harry podczas Wojny nie będzie przewodził armią Voldemorta ( gdyby był połączony umysłem). 26. Snape nie był pod peleryną niewidką, kiedy zmarli Potterowie. 27. Dowiemy się, czemu nieszczęśliwi ludzie stają się duchami (ponieważ szczęśliwi - nie) 28. Hermiona stanie się Perfektem Naczelnym 29. Remus Lupin powróci, odegra znaczną rolę w VII tomie. 30. Tiara Przydziału nie jest horkruksem. 31. Pani Norris nie jest niezarejestrowanym animagiem. 32. Harry nie jest Metamorfomagiem. 33. Dumbledore nie jest Harrym ani Ronem z przeszłosci. 34. Nicholas Flamel nie będzie nauczał eliksirów w Hogwarcie. 35. Luna i Neville nie będa parą. 36. Lestrangowie nie posłali nikogo aby zabić Neville'a. 37. Ani Voldemort ani Dumbledore nie są powiązani z rodziną Harry'ego. 38. Lily Potter nie żyje. 39. Krzywołap to nie animag. 40.Neville nie jest synem Glizdogona. 41. Lupin nie miał brata bliźniaka. 42. Srebrna ręka Glizdogona nie przyczyni się do śmierci Lupina. 43. Ciotka Petunia nie ma mocy magicznych i nigdy nie praktykowała magii. 44. Lupin nie powróci jako nauczyciel Obrony Przed Czarną Magią. 45. Usłyszymy ponownie o samochodzie pana Weasley'a. 46. Poznamy dziadków Harry'ego. 47. Pojawi się Krum. 48. Ponownie zobaczymy motocykl Syriusza. 49. Być może pojawi się ponownie lusterko, które Syriusz podarował Harry'emu. 50. Dowiemy się, co zobaczył Dudley, kiedy napadł go Dementor. 51. Pojawi się Rita Skeeter. 52. Dowiemy się więcej o Petunii Dursley (Evans). 53. Zginą dwaj główni bohaterowie i być może inni poboczni. 54. Siódmą część zakończy epilog, wyjaśniający co stało się z bohaterami w przyszłości. jaki mam stosunek? bardzo lubie te ksiazki |
Z dr hab. Martą Zahorską rozmawia Wioleta Bernacka Dobra szkoła potrzebna jest przede wszystkim w środowiskach tzw. defaworyzowanych. Młodzież z "lepszych" środowisk radzi sobie nawet przy złej szkole, choć i tu szkoda lat i pieniędzy na coś, co nie daje sensownych wyników. Ale w przypadku młodzieży nie mającej alternatywnych bodźców rozwoju, jest to strata niepowetowana. Zajmuje się Pani nierównościami w dostępie do edukacji. Na czym one polegają? Marta Zahorska: Istnieją ich rozliczne rodzaje. Mnie interesują przede wszystkim nierówności społeczne, tzn. takie, które wynikają z położenia, cech społecznych jednostek, jak zamożność, zawód rodziców, ich poziom wykształcenia, ale także płeć, która również określa nasze miejsce i rolę w społeczeństwie. Kiedy analizujemy wszystkie te czynniki, widzimy, że są grupy społeczne, które łatwiej osiągają wyższy status czy przebijają się przez kolejne szczeble szkolne. Z drugiej strony, widzimy inne grupy, wobec których zakładamy, że mają zbliżony poziom intelektualny, a jednocześnie nie osiągają tych samych dyplomów i świadectw lub jest to dla nich znacznie trudniejsze. Wtedy mówimy, że występuje nierówność społeczna w dostępie do edukacji. Jaka jest skala tego problemu w Polsce? M. Z.: To zależy oczywiście od tego, co przyjmiemy jako wskaźniki. Obecnie doświadczamy czegoś, co nazywa się eksplozją edukacyjną: prawie pięciokrotnie zwiększyła się liczba studentów, niemal 80 proc. absolwentów szkół gimnazjalnych idzie do szkół maturalnych. Możemy zatem powiedzieć, że nastąpiło ogromne upowszechnienie edukacji. Jednak, patrząc z innej perspektywy, skoro wiemy, że osiągnięcie danego poziomu edukacyjnego jest ściśle uzależnione od pozycji społecznej, a różnice społeczne i materialne ogromnie wzrosły, to powinno to w jakiś sposób dać o sobie znać również w systemie edukacyjnym. Trzeba tę zagadkę rozszyfrować: czy szanse rzeczywiście się wyrównały, czy istnieją, ale w innej postaci? Istnieje kilka kwestii, które warto tutaj przywołać. Po pierwsze, wciąż przecież istnieje grupa młodych ludzi, którzy nie kończą gimnazjów, nie kontynuują nauki albo wypadają po pierwszym roku szkoły średniej. Wielkości tej grupy nie znamy – a statystyki są niestety zawodne. Są one zazwyczaj bardzo optymistyczne, tzn. mówią o kilku procentach młodzieży, która nie uczestniczy w edukacji ponadgimnazjalnej. Z kolei na podstawie mini-badań, szacunków dotyczących nieukończenia edukacji, "urywania się" z lekcji, mamy podejrzenia, że takich uczniów jest znacznie więcej niż 5 czy 6 proc., o których mówią oficjalne dane. Zwłaszcza, że instytucją, która ma odnotowywać, czy dziecko po skończeniu szkoły gimnazjalnej uczy się dalej, jest gmina. Często prowadzę rozmowy z Biurami Edukacji gmin lub z burmistrzami, i w większości nie mają o tym pojęcia, często uważają wręcz, że analizowanie tej kwestii nie należy do ich obowiązków, choć jest to zapisane w ustawie. Na jakiej zatem podstawie uważamy, że nasza młodzież kontynuuje naukę? Po prostu tego nie wiemy. Tymczasem jest to bardzo groźne zjawisko. W poprzednim ustroju społeczno-gospodarczym człowiek, który miał niski poziom wykształcenia, mógł funkcjonować całkiem nieźle. Przy ogólnym wzroście poziomu wykształcenia całego społeczeństwa, ta grupa ludzi jednak znacząco traci. Nie zmieniają swojej pozycji społecznej w stosunku do rodziców, ale w porównaniu z resztą społeczeństwa – po prostu lecą w dół. Obecnie, aby w społeczeństwie utrzymać się w tym samym miejscu, trzeba bardzo szybko biegać. Oni niestety nie potrafią biegać. To dramat, dodatkowo nierozpoznany, gdyż nie jest badany w odpowiedni sposób. Drugim istotnym zjawiskiem jest to, że młodzi ludzie rzeczywiście masowo zdobywają matury i dyplomy licencjatów czy magistrów. Tyle, że robią to w instytucjach o bardzo różnym poziomie, tzn. nadal jest "królewska ścieżka" dla zamożnych lub przynajmniej dobrze wykształconych, która zaczyna się od dobrego przedszkola, podstawówki, przez gimnazjum, dobre liceum i tzw. bezpłatne studia. Ta grupa jest uprzywilejowana, natomiast pozostali trafiają niestety do tzw. liceów-spadów, gdzie przy niskim poziomie wymagań maturalnych otrzymują co prawda świadectwa dojrzałości, ale później idą na beznadziejne studia, gdzie ściąga się od nich znaczne kwoty, dając w zamian karteczkę, że mają licencjat. Ich poziom wiedzy jest jednak dramatycznie niski. Powszechnie słyszy się narzekania, że poziom studentów z roku na rok się obniża. M. Z.: On jest już tak niski, że chyba nie może się obniżać... Najpierw chciałabym jednak zgłosić pewne zastrzeżenie: my, nauczyciele, jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że młody człowiek pewne rzeczy wie, tymczasem oni tych rzeczy nie wiedzą, wiedzą natomiast inne, "swoje", o które my często nie pytamy. Dlatego nie wiem, jak jest z ogólnym poziomem wiedzy. Niewątpliwie sprawniej szukają informacji w Internecie, są o wiele lepiej przystosowani do funkcjonowania we współczesnym społeczeństwie. Oczywiście, z punktu widzenia naszych kryteriów, są "głąbami", ale według ich kryteriów to my nimi jesteśmy – tutaj występuje duża dysproporcja wzajemnych oczekiwań co do kwalifikacji, umiejętności. Stosując moje kryteria, przyznaję, że poraża mnie, gdy student prywatnej wyższej szkoły nie wie, kiedy była II wojna światowa. Po prostu nie mogę zrozumieć, że on tego nie wie i jest w stanie normalnie funkcjonować. Są studenci, którzy nie wiedzą, że w Polsce był komunizm, Gierek czy Gomułka. Rozumiem, że oba nazwiska są na "G" i mogą się komuś pomylić, ale już o istnieniu takich postaci, jak Chruszczow czy Breżniew, oni po prostu nie mają pojęcia. I uważają, że nie muszą mieć. Nie mają ciekawości świata, co jest typem mentalności, którego nie rozumiem. Z tego punktu widzenia studenci są bardzo źle wykształceni. W tym samym czasie studenci, z którymi spotykam się na Uniwersytecie Warszawskim, są wykształceni fantastycznie. Nastąpiło ogromne zróżnicowanie poziomów nauczania – mimo wspólnej matury, wspólnego magisterium, ci ludzie są po prostu z innych światów. Niektóre prywatne uczelnie wypuszczają absolwentów nic nie umiejących lub wręcz z trudem piszących. Uwidacznia się więc ogromne zróżnicowanie społeczne właśnie w sposobie przygotowania młodych ludzi do wyższego poziomu wykształcenia. Widać wyraźnie, że system edukacyjny w Polsce nie spełnia warunku wyrównywania szans, że szkoła podstawowa i gimnazjum uczą tych, którzy potrafią się nauczyć, natomiast nie są w stanie zmobilizować ogromnej rzeszy pozostałych, pokazać, że nauka ma jakikolwiek sens. To jest rzeczywiście problem. Jak owe nierówności edukacyjne wyglądały w Polsce w perspektywie historycznej? Tego typu informacje, np. dotyczące liczby osób pochodzenia wiejskiego kończących studia wyższe, często są używane do obrony lub krytyki poszczególnych okresów w historii Polski (dwudziestolecie międzywojenne, PRL, III RP). M. Z.: Jeśli chodzi o Polskę pod zaborami, to każdy z zaborców prowadził zupełnie inną politykę edukacyjną. W Galicji ludność pochodzenia chłopskiego uczyła się, szła dalej, dostawała na Uniwersytet Jagielloński – to nie były częste przypadki, ale się zdarzały. O wiele trudniej było pod zaborem rosyjskim, ponieważ tam stosowano wyraźne kategorie społeczne. Człowiek o pochodzeniu chłopskim nie bardzo miał możność dostać się do gimnazjum, gdyż funkcjonowało społeczeństwo stanowe i ono blokowało możliwości kariery osobom niższego pochodzenia. Oczywiście zdarzali się tacy, którzy przedzierali się przez ten system, ale to były absolutne wyjątki. Natomiast Wielkopolska to był okręg bardzo dobrej, porządnej oświaty. W okresie Polski międzywojennej – która zresztą trwała strasznie krótko, gdy rozpatrujemy problem z punktu widzenia stworzenia wzorów edukacyjnych – przeszkody dla młodzieży wiejskiej były ogromne, zwłaszcza na terenach porosyjskich, gdzie bardzo rzadkie były przypadki awansu ludzi ze wsi. Oczywiście wybijającym się osobom, chętnym do nauki, zdarzały się kariery, np. księdza czy nauczyciela, z tym, że to nie zawsze wymagało wyższego wykształcenia. W okresie międzywojennym nadal istniały silne podziały obyczajowe i majątkowe, a awans społeczny był utrudniony. Potem przyszła Polska Ludowa, lata 50., które rzeczywiście były próbą stworzenia nowej inteligencji. W związku z tym uprzywilejowano różnych ludzi i dochodziło do rozmaitych paradoksów. Człowiek, który był robotnikiem, po odbytym kursie otrzymywał – właśnie za to, że jest dobrym robotnikiem – stopień inżyniera i zaczynał... zarabiać mniej. Dlatego koniecznie chciał przestać być inżynierem – wszystko to działo się z tego powodu, że uprzywilejowano robotników, a jednocześnie chciano ich wepchnąć na wyższe stanowiska. Cały ten cyrk kończy się mniej więcej w połowie lat 50. W latach 60., kiedy stabilizuje się struktura społeczna, raczej trudno jest się dostać na studia ludziom pochodzącym ze wsi. Najczęstszą ścieżką "kariery" jest wówczas szkoła zasadnicza lub Szkoła Przysposobienia Rolniczego; po takich szkołach dalsza droga była właściwie zamknięta. Był to system bardzo mało drożny, w związku z tym liczba młodzieży wiejskiej wśród studentów wynosiła w latach 70. bodajże 7 proc., robotnicy stanowili 12 proc., a resztę inteligencja. Początek lat 90. to ogromne problemy bezrobocia, gwałtownie pogarszającego się statusu materialnego ludzi. Bezrobocie lub groźba bezrobocia stają się silnym bodźcem poszukiwania lepszej pozycji na rynku pracy. Ogromna fala młodzieży postanawia studiować. Jednocześnie znikają przeszkody istniejące w poprzednim systemie, kiedy to limitowano liczbę przyjęć na uczelnie. Poza większą liczą studentów przyjmowanych do szkół publicznych, od 1995 r. powstają w ogromnym tempie szkoły niepubliczne. Od tego czasu zaczyna się boom na edukację? M. Z.: Tak, czego symbolem było hasło "i Ty zostaniesz magistrem!". Pamiętam studentkę, oczywiście ze szkoły niepublicznej, która mi powiedziała, że teraz jest fajnie, bo tak mało umiejąc można dostać się na studia... Ona odczuwała jako pewne wyróżnienie to, że nie musi się uczyć, a może być na studiach i uzyskać dyplom. Z kolei inna moja studentka, która koniecznie chce być magistrem socjologii, mówi, że tak naprawdę to nie wie, czy w tym zawodzie zostanie, obecnie jest na kursie masażystki. Takie podniesienie prestiżu poprzez posiadanie dyplomu jest dla wielu ludzi bardzo ważne. Natomiast rzeczywiście, jeśli chodzi o poziom edukacji, to jest on mizerny, wyraźnie pokazuje, że ci ludzie nie są przygotowani do studiów, że podstawówka, gimnazjum i liceum nie dają im umiejętności szukania informacji ani samodzielnego myślenia. Jakie czynniki, poza tymi oczywistymi, jak ubóstwo, warunkują nierówności w wynikach szkolnych i w dostępie do kolejnych szczebli wykształcenia? Jak istotne są np. miejsce zamieszkania (miasto-wieś) czy wielkość szkoły, do której dana osoba uprzednio uczęszczała? M. Z.: Mamy "zamydloną" sytuację z powodu łatwości dostępu do kolejnych szczebli edukacji, tzn. dziecko między podstawówką a gimnazjum nie przechodzi żadnej selekcji, a jedynie sprawdzian wiedzy. Egzamin kończący gimnazjum polega na tym, że wystarczy, iż dziecko na niego przyjdzie, dlatego nie ma żadnej motywacji do nauki, bo młody człowiek wie (lub wiedzą jego rodzice), że jest dużo szkół średnich, które go przyjmą. W gimnazjach, które odwiedzałam, a badałam m.in. szkoły na Mazurach i Mazowszu, głównie wiejskie, pojawiają się swoiści headhunterzy, którzy mówią dzieciom wprost: kochani, bez względu na to, jakie macie świadectwo i jakie wyniki otrzymacie na egzaminie, przyjmiemy was, naprawdę nie musicie się uczyć – tylko przyjdźcie do nas. Te szkoły średnie powstały w okresie wyżu demograficznego, a obecnie mamy niż, dlatego przyjmują każdego ucznia, żeby się utrzymać. Jeden z dyrektorów mówił: "Proszę Pani, my jeździmy po wsiach i z drzewa ściągamy dzieci, żeby ratować szkołę", a więc pensje, etaty... To efekt tego, że za uczniami idą pieniądze. W ramach reorganizacji sposobów finansowania szkół liczono, że szkoły będą zabiegać o uczniów poprzez wysoką jakość kształcenia. Wyraźnie widać, że dzieje się inaczej, tzn. są takie, które zabiegają o uczniów stawiając na bardzo wysoką jakość – selekcja tam jest gigantyczna, a ilość podań olbrzymia – jednak mamy też ogromną ilość szkół o bardzo niskiej jakości nauczania, które napędzają sobie uczniów właśnie utrzymując kiepski poziom. Mamy zatem młodzież, która co prawda kończy edukację, ale są to placówki nie dające dobrych perspektyw na przyszłość. Czyli jest już jakiś podział? M. Z.: Tak, przedtem mieliśmy jasność: była selekcja, którą przechodzili ci, którzy coś umieli, a teraz przechodzą wszyscy. Gdy spojrzymy na wszystkie dobre licea, to jeśli chodzi o wskaźniki statusu społecznego, znajdą się tam przede wszystkim dzieci rodziców o wyższym poziomie wykształcenia. Ważniejszy jest bowiem poziom wykształcenia niż zamożność. W badaniach bodajże prof. Fatygi opisana jest historyjka o ojcu, który ma mnóstwo pieniędzy, ale nie widzi potrzeby edukacji córki, dlatego dziewczynka nie chodzi do szkoły. Pedagog szkolny jedzie i mówi, że istnieje obowiązek szkolny, inaczej będzie kolegium, a ojciec na to: "To trzeba zapłacić? Ile płacę?". Chciał, aby dziewczynka pomagała mu w prowadzonym biznesie i zupełnie nie widział konieczności kształcenia. Aspiracje mają ludzie, których rodzice posiadają wykształcenie średnie lub wyższe: nawet ubogi nauczyciel zrobi absolutnie wszystko, żeby jego dziecko poszło do jak najlepszej szkoły. Z drugiej jednak strony, w naszym kraju im ktoś posiada lepsze wykształcenie, tym na ogół ma większe dochody. I oczywiście są grupy i zamożnych i wykształconych, które dbają o edukację swoich dzieci, stwarzają im dobre warunki. Oni wiedzą, że szkołę należy wybrać i wybierają te najlepsze. Niestety, sporo rodziców nie wie, że można i trzeba wybrać szkołę, w związku z tym wybierają szkołę najbliższą. Są także innego typu nierówności, które przeżywa milion mało zamożnych dzieci: to, że teraz każdy musi mieć najnowszy piórnik, komórkę czy iPoda. Do szkoły w raczej zamożnym Wilanowie, w której wywiad przeprowadzał mój student, chodzą także dzieci "normalnych ludzi". Tam matki biedniejszych przyklejają nalepki, żeby rzeczy wydawały się markowe, a ich dzieci nie były wyśmiewane przez rówieśników... To jest nie tylko ekonomiczny, ale także symboliczny, emocjonalny dramat dzieci mało zamożnych. W społeczeństwie, w którym wielu ludzi się bogaci, ci, którzy pozostają biedni, stają się bardzo biedni. Jak nierówny dostęp do edukacji przekłada się na późniejsze wykluczenie społeczne i ekonomiczne? M. Z.: Jak wspominałam, ogromnie wzrósł poziom wykształcenia całego społeczeństwa, co oznacza, że wykluczenie bardziej zagraża tym grupom, które nie są w stanie przebić się i wejść na ścieżkę kariery edukacyjnej. Przede wszystkim są to ci, którzy co prawda kończą naukę na poziomie gimnazjum, często przepychani – robi się wszystko, by 18- czy 19-latkowi dać "papierek", chociaż nauczycielka nie wie, czy on potrafi pisać. Ta grupa jest bardzo źle wykształcona, a co gorsza – nie widzi możliwości związanych z edukacją. Szkoła nie daje nawet umiejętności dostrzeżenia tego, jak posiadana wiedza może wpłynąć – i zapewne wpłynie – na dalsze losy. Funkcjonowanie polskiej szkoły jest pod tym względem fatalne. Szkoły zazwyczaj w swych rankingach uwzględniają dobrych uczniów, np. liczbę dzieci, które dobrze zdały egzamin, albo uczestniczących w konkursach czy olimpiadach; to podnosi prestiż szkoły. Inwestuje się w dzieci, które chcą się uczyć, natomiast te, które są oporne, strasznie tracą. Przekonanie takiego dzieciaka, że naprawdę jest sens, aby nauczył się czegoś, jest bardzo trudne, wymaga dużo czasu i poświęcenia. Tymczasem szkoły nie dają żadnego wsparcia nauczycielom, którzy mieliby się tym zajmować. Są godziny wyrównawcze, za które nauczyciel ma płacone, ale problemem jest to, że nikt tam nie przychodzi, bo to są zajęcia dobrowolne. Czasami złapie się jakiegoś smarkacza i każe wyuczyć wiersza czy formułki, ale z tego nic nie wynika. Z dziećmi trudnymi, które mają niekiedy ogromne problemy, trzeba inaczej pracować. Pamiętam taki wywiad z nauczycielem historii z wiejskiego gimnazjum. Miał on ucznia, którego rodzice nie przychodzili do szkoły, a dziecko w ogóle się nie uczyło. Pojechał porozmawiać z rodzicami i zobaczył, że matka jest chora na raka, ojciec ledwo daje sobie radę z prowadzeniem domu i gospodarstwa, a chłopak zaraz po przyjściu ze szkoły rzuca tornister i idzie pomagać w polu. Co ja mam tym ludziom powiedzieć? Że dziecko powinno się uczyć? – pytał nauczyciel. Wymaganie od takich dzieci rzetelnej nauki jest absurdem – takiej rodzinie trzeba najpierw pomóc. Słyszałam opowieść nauczycielki, że spotkała swojego ucznia, który notorycznie nie przychodził na lekcje, jak zbierał złom, żeby sobie kupić coś do jedzenia. Załatwiła mu m.in. świetlicę – i wtedy zaczął normalnie chodzić na lekcje. I często właśnie od takiej pomocy trzeba zacząć, nie od zajęć wyrównawczych. Prof. Wielisława Warzywoda-Kruszyńska od lat pisze i alarmuje, że w Polsce bieda ma twarz dziecka. Wystarczy dwoje dzieci, żeby zwyczajną rodzinę o niskich pensjach wpędzić w zaawansowane ubóstwo. Gdyby to byli alkoholicy, to państwo dałoby im pomoc – tymczasem dla "zwykłych" rodzin nie ma żadnego wsparcia. Można wpisać do akt, że oni są niewydolni wychowawczo, ale to jest sytuacja postawiona na głowie, poza tym to groźny zabieg, bo jakiś urzędnik może nie wiedzieć, o co chodzi, i jeszcze nie daj Boże zabierze takie dzieci rodzicom. Bieda rodzin mających dzieci jest w Polsce czymś przygnębiającym. Mamy milion dzieci, które żyją w rodzinach z ubóstwem... Potrzebna jest poważna, długoletnia, a nie "akcyjna" polityka społeczna, która dążyłaby do usunięcia tego problemu. Potrzebna jest solidna diagnoza tego zjawiska. Wspomniana już prof. Warzywoda-Kruszyńska pokazuje, jak nieodpowiednio skonstruowane są wskaźniki zamożności rodzin, na podstawie których prowadzi się politykę społeczną. Trzeba skonstruować "mapę biedy". Opracować odpowiednie dla różnych rejonów działania pomocowe. Konieczna jest pomoc zwłaszcza rodzinom z małymi dziećmi, tymi w wieku "żłobkowym" i przedszkolnym. Przekonuje Pani, że polityka wyrównywania szans powinna obejmować wszystkie poziomy edukacji, począwszy od przedszkolnej, której przypisuje Pani szczególnie istotną rolę. W jaki sposób nierówny dostęp do przedszkoli przekłada się na dalsze nierówności edukacyjne? M. Z.: Dziecko w pierwszych latach życia ma największy potencjał rozwojowy, dlatego dobre warunki znacznie zwiększają szanse na wyższe IQ oraz na mniej problemów ze zdrowiem, emocjami itp. U nas o dzieciach zaczyna się mówić dopiero w szkole, tam np. większość przechodzi pierwsze badania (zębów, wzroku, kręgosłupa), a to jest znacznie za późno. Oczywiście dzieci "dopieszczone", w rodzinach o wyższym wykształceniu, są badane regularnie w przychodniach, natomiast bardzo duża liczba dzieci, zwłaszcza w rodzinach biedniejszych, bez względu na to, czy w miastach czy na wsi, nie podlega żadnym kontrolom. Tymczasem dziecko do czasu szkolnego powinno być bardzo starannie monitorowane, bo właśnie wtedy można zapobiec wielu późniejszym wadom czy schorzeniom. Pomoc w opiece nad dziećmi marginesu, rodzinami, w których mogą być samotne matki, powinna mieć miejsce chociaż przez pierwszy rok. Pielęgniarka czy "latająca położna", która pomagałaby matce, tłumaczyła zasady pielęgnacji i karmienia dziecka, może mieć ogromne znaczenie dla jego rozwoju. Kolejny etap to uczenie, w jaki sposób postępować z dzieckiem, żeby ono się prawidłowo rozwijało, następny – przedszkole, czyli opieka, która polegałaby na tym, że dzieci wdraża się do życia grupowego, uczy przy pomocy zabawek różnych słówek itp. W gminie Grunwald w woj. warmińsko-mazurskim, są trzy ex-PGR-y. Gdy do szkoły przyszły pochodzące z nich dzieci, które nie chodziły do przedszkoli, bo po upadku PGR-ów one też zostały zlikwidowane, w wielu przypadkach nie znały podstawowych słów. "Chleb" czy "wodę" – tak, natomiast "słońca" już nie. Gdy dziecko bawi się z rodzicami czy z dziadkiem gra w szachy – jemu przedszkole potrzebne jest dla kontaktów społecznych, tym bardziej, gdy jest jedynakiem. Tamtym dzieciom przedszkole potrzebne jest nie tylko dla prawidłowych kontaktów z innymi dziećmi, bo w rodzinach biednych ten kontakt jest zaburzony, ale także np. do rozwoju umiejętności mówienia. Im szybciej naprawimy takie problemy, tym łatwiej dzieci będą funkcjonowały w szkole. Ponieważ pierwsze problemy potrafią do niej zniechęcić, start jest naprawdę ważny. Inna sprawa, że rodzice nie mają gdzie tych dzieci wysłać: w Polsce nie ma przedszkoli. Mamy kilkaset gmin, w których nie ma ani jednego przedszkola. W wielu jest tylko jedno, w większej miejscowości. Na wsiach nie ma ich prawie wcale. Nawet w miastach rozgrywa się prawdziwy bój o miejsce w przedszkolu. Jakie działania powinno się podjąć w celu upowszechnienia edukacji przedszkolnej? Kwestie związane z jej organizacją leżą w gestii samorządów. M. Z.: Gminy mają prowadzenie przedszkoli w zakresie swoich zadań, ale nie dostają żadnych dodatkowych subwencji, choć powinny – zwłaszcza te biedniejsze, bo pod względem zamożności gmin mamy ogromne zróżnicowanie. Ogromną szansą jest uzupełnianie sieci przedszkoli publicznych placówkami alternatywnymi, co prawda o mniej rozbudowanych programach, ale za to ściśle współpracujących z rodzicami i środowiskiem lokalnym. Obecnie cała oświata jest zdecentralizowana, a subwencja państwowa jest wyliczana według liczby dzieci w szkołach. Są gminy, które do edukacji dopłacają i w związku z tym nauczyciele mają opłacone prowadzenie dodatkowych zajęć z dziećmi, są więc zajęcia na basenie, wycieczki itd. Są jednak i takie, gdzie "podkrada" się te subwencje i wydaje na drogi, kanalizację itp. Takie zróżnicowanie jest w Polsce ogromne. To również wpływa na szanse: dzieci, które nie dostają dopłat do autobusu, nie pojadą na żadną wycieczkę, więc mogą nigdy nie odwiedzić teatru czy nie zobaczyć Krakowa. Jaka powinna być w tej sytuacji rola władz centralnych? M. Z.: Niewątpliwie trzeba pomóc i skłonić samorządy do organizacji przedszkoli i pomocy dla matek małych dzieci; powinny zostać wyodrębnione te regiony i rodziny, które wymagają szczególnej opieki. Potrzebna jest edukacja uzupełniająca, kompensująca, specjalne programy dla dzieci tych rodzin, które są słabe, żeby one mogły stanąć na własnych nogach – samo "dawanie wędki" nie wystarczy... Natomiast trzeba zadbać, żeby biedniejsze szkoły lepiej funkcjonowały, uruchomić kompleksowy program kompensacyjny – to już jest rola dla współpracy między samorządami a ministerstwem. Zwłaszcza, że w tej chwili mamy możliwość aplikowania do różnych programów, np. Europejskiego Funduszu Społecznego, który oferuje szansę, by nadgonić te nierówności. Problem polega na tym, że częściej aplikują bogatsze gminy, które potrafią znaleźć ludzi umiejących to robić. W związku z tym ministerstwo w jakimś stopniu powinno wspomagać najsłabszych, bo bez tego oni nie będą w stanie skorzystać z tych wszystkich unijnych dobrodziejstw, które spadły na nasz kraj. Tymczasem patrzy się, jak "zjeść" środki z EFS-u, natomiast nie patrzy się, czy one rzeczywiście służą realizacji kluczowego celu, czyli czy przeciwdziałają wykluczeniu najbardziej zmarginalizowanych środowisk, "podciągają" tych najbiedniejszych. Z tego, co Pani mówi, wynika, że nasze państwo niezbyt dobrze radzi sobie z przeciwdziałaniem wykluczeniu społecznemu za pomocą kompleksowej i długookresowej polityki oświatowej. M. Z.: Państwo udaje, że prowadzi egalitarną politykę, podczas gdy w rzeczywistości jest realizowany model nastawiony raczej na eskalację różnic niż na wyrównanie szans. To jest bardzo widoczne. Decentralizacja ma dwie strony. Wprowadzenie do edukacji elementów rynkowych jest moim zdaniem negatywne, bo wspomaga "złą" edukację. Z drugiej strony, decentralizacja bywa wartościowa. To, co się stało z niektórymi szkołami, gdy przeszły one w ręce gmin, to zupełnie nowy świat: piękny wygląd, wyposażenie, czyste ubikacje... Coś, czego w PRL-u nie było. Istnieją jednocześnie biedne regiony, które państwo musi wspomagać niezależnie od decentralizacji. Musi być polityka wspomagania tych "gorszych", bo bez takiego wsparcia tworzą się dramaty. Dyplom renomowanej uczelni czy liceum od dawna otwierał kolejne drzwi. Czy podobne zjawisko dotarło już na niższe poziomy nauczania? Jak duże jest zróżnicowanie szkół podstawowych i ponadpodstawowych pod względem jakości nauczania – czy istnieją jakieś zobiektywizowane kryteria pozwalające na uogólnienia? Jakie inne różnice między szkołami/klasami wpływają na dalsze życiowe szanse dzieci i młodzieży? M. Z.: Istnieją kryteria mówiące, które szkoły są dobre. Są nimi egzaminy, które jednocześnie pokazują raczej zróżnicowanie społeczne uczniów niż merytoryczny poziom szkoły. Dlatego, że "dobre" szkoły to takie, do których chodzą "dobre" dzieci, z dobrych domów, a "złe" to te, w przypadku których rodzice uczniów są biedni, niewykształceni. Łatwo to zauważyć w kolejnych wynikach egzaminów szkolnych, już na poziomie szkoły podstawowej: szkoły z biednych dzielnic są gorsze. Rodzice, którym zależy, potrafią znaleźć dobre gimnazjum dla swoich dzieci, nawet jeśli w okolicy mają same gorsze placówki – tworzą się "gimnazja dobrych dzieci", zwłaszcza gimnazja pozarejonowe, powstałe przy liceach, mogące przyjmować według swoich kryteriów. Kolejnym elementem nierówności edukacyjnych są szkoły społeczne, czyli prywatne, które przyjmują za pieniądze. Na poziomie podstawówek i gimnazjów jest ich jednak niewiele, wyciągają pewną elitę, zwłaszcza majątkową. Większość dzieci nadal chodzi do szkół publicznych i to ich zróżnicowanie ma większe konsekwencje społeczne w tworzeniu nierówności. Prawda jest taka, że o poziomie szkoły decydują uczniowie, a nie nauczyciele. Jeżeli mamy środowisko społeczne, które jest bardzo trudne, to jest oczywiście możliwe stworzenie wspaniałego programu, ale to strasznie ciężkie zadanie – znam bodaj jedną szkołę, która potrafiła coś takiego zrobić. Środowisko społeczne jest tym czynnikiem, który w pełni "ustawia" poziom szkół. Dramatem Polski jest to, że nie potrafimy tej przepaści zniwelować. Nasze szkolnictwo podlega niemal ciągłym reformom – w ostatnich latach byliśmy świadkami m.in. wprowadzenia dodatkowego szczebla edukacji (gimnazja), obniżenia wieku, w którym uczniowie przechodzą pierwsze egzaminy oraz zmiany trybu przyjęć na studia. Które z tych zmian są pozytywne, a które negatywne, jeśli chodzi o dążenie do wyrównywania szans edukacyjnych? M. Z.: Obniżanie wieku kolejnych progów edukacji jest pozytywne, potrzebne są tylko dobre programy dla małych dzieci, żeby ich nie zrażać do szkoły, bo skutki tego są strasznie trudne do odrobienia. Musi mieć miejsce "miękkie" przyjęcie małych dzieci do szkoły, złagodzenie przeskoku między dzieciństwem a szkołą, aby te pierwsze lata były sympatyczne. To duże wyzwanie, nie wszyscy nauczyciele to potrafią. Musi się z tym łączyć polepszanie jakości edukacji. Wprowadzenie gimnazjów uważam za pomyłkę, chociaż rozumiem, że utrzymywanie tak dużej liczby szkół jest niemożliwe, więc trzeba było część dzieci zebrać i dowozić, gdyż mamy rozrzuconą sieć osadniczą. Takie koncentracje szkół mają swój sens, pod warunkiem, że zostanie zorganizowany sprawny i szybki dowóz, który nie będzie zadręczał dziecka, zmuszając je np. do wstawania o 5 rano i późnego powrotu do domu. Ponieważ samorządy nie są w stanie utrzymać odpowiedniej liczby autobusów, część dzieci nie może uczestniczyć w zajęciach pozalekcyjnych, a to są te dzieci, które ich najbardziej potrzebują. W ten sposób bardzo uprzywilejowane zostały dzieci, którym zafundowano fajne gimnazja w ich miejscach zamieszkania, natomiast reszta ma jeszcze gorzej niż miała. Ci, których trzeba dowozić, tracą godziny, marzną, a do tego jeszcze nie mają żadnych dodatkowych zajęć. Żeby im to zrekompensować, należałoby zacząć od tego, żeby te autobusy częściej jeździły. Ponadto potrzebne są same "drobiazgi": dobre programy i dobrzy nauczyciele. Od kiedy zajmuję się problemami szkolnictwa, a jest to już chyba ponad ćwierć wieku, stale słyszę, że programy są przeładowane. Dokonuje się kolejnej reformy i... nic się nie zmienia, a jeśli zmienia, to na gorsze. Powinien zostać opracowany standard wiedzy koniecznej, którą każdy uczeń powinien znać po 10 latach nauki obowiązkowej, by móc sensownie uczestniczyć w pracy, życiu rodzinnym, społecznym i kulturalnym. Poza tym standardem powinny być w szkole zajęcia fakultatywne, poświęcone rozmaitym problemom, głównie dla pokazania sposobów poszukiwania informacji, rozwiązywania zagadnień, promujące pracę zespołową, a czy będą to zajęcia na temat życia żab, wpływu tańca na emocje człowieka, czy konstruowania obiektów latających – to naprawdę obojętne. Niestety, poszukiwania standardu wiedzy koniecznej, jakie dotychczas miały miejsce, prowadzą do rezultatów absurdalnych. Przedstawiciele kolejnych dziedzin wyliczają swoje standardy, co sklejone razem prowadzi nas w krainę utopii. Nikt nigdy nie będzie miał okazji wykorzystania takiej masy wiedzy. A młody człowiek, któremu wpychamy tę wiedzę do głowy, ma z jednej strony poczucie zagubienia, z drugiej absurdu. Przeładowanie programów uniemożliwia nauczycielowi prowadzenie ciekawych zajęć lub wprowadzanie metod aktywnych. Kluczem do dobrej szkoły – naprawdę dobrej, a więc nie takiej z rankingów, ocenianej jedynie na poziomie ocen egzaminacyjnych – jest dobry nauczyciel. Dobrze wykształcony, czyli umiejący poszerzać swą wiedzę oraz dobrze kontaktujący się z uczniami. Programy kształcenia nauczycieli powinny iść w podobnym kierunku co programy szkolne – poza pewnym koniecznym standardem, powinna to być praca problemowa, badawcza i dużo zajęć praktycznych z młodzieżą, pod okiem doświadczonych i dobrych psychologów i pedagogów. Dobra szkoła potrzebna jest przede wszystkim w środowiskach tzw. defaworyzowanych. Młodzież z "lepszych" środowisk radzi sobie nawet przy złej szkole, choć i tu szkoda lat i pieniędzy na coś, co nie daje sensownych wyników. Ale w przypadku młodzieży nie mającej alternatywnych bodźców rozwoju, jest to strata niepowetowana. Dziękuję za rozmowę. Źródło: Obywatel |