Szukaj:Słowo(a): 18 Pułk Ułanów Księstwa Warszawskiego
Nie wstydzę się dzialalności komercyjnej prowadzonej przez Szwadron Niepołomice i nie zamierzam jej zaprzestać. Prowadzimy ją w sposób zapewniający szacunek dla munduru, a twierdzenia o występach na weselach są dla mnie uwłaczające. Działalność Szwadronu nie opiera się jedynie na środkach pozyskiwanych z Urzędu MIasta Krakowa te stanowią jedynie część jego dochodów. Jako przyklad działalności komercyjnej Szwadronu mogę wskazać wystąpienie w roli jazdy tureckiej w czasie inscenizacji odsieczy wiedenskiej. Niewiele grup w Polsce byłoby w stanie to zrealizować, a jaka wspaniała zabawa. Szwadron Niepołomice stać n azorganizowanie konferencji i wiele innych rzecz. Ktoś kto obserwuje naszą działalość powinien z łatwością zauważyć, że 90% naszej działalności ma charakter non profit, dodatkowo dzialalność sportowa, prowadzenie na terenie Stadniny Niepołomice hipoterapii. Można tylko narzekać można też działać - to już sprawa charakteru. Jeżeli ktoś chce może ograniczać swoją działalność na dywagacji na forum. Ułanem jest się jednak przede wszystkim na koniu i w polu i to nie koniecznie jedynie na defildach na Rynku Głównym. Zapraszam na 20 imprez, które Szwadron Niepołomice organizuje w ciągu najbliższych 2 miesięcy, a więc:

1. 5 sierpnia przemarz ulicami Krakowa z okazji rocznicy wymarszy I Kompanii Kadrowej
2. 7-9 sierpnia regionalne zawody w skokach przez przeszkody w Żywcu - zapraszam do rywalizacji w klasie P
3. 14-17 sierpnia udział w uroczystościach patriotycznych w Jaśle połącznych z manewrami Szwadronowymi
4. 26 - 30 sierpnia Komarów
5. 27-28 sierpnia Rajd Konny śladami wrześniowych walk 8 Pułku Ułanów Komarów-Czartpowiec-Łaszców
6. 29 sierpnia Manewry Komarowskie
7. 30 sierpnia udział w uroczystościach patriotyczncyh w Komarowie
8. 1 wrzesnia - przmarsz ulicami Krakowa z okazaji rocznicy wybuchu II Wojny Światowej
9. 1 września - udzial w uroczystościach wręczenia sztandaru Szwadronowi Toporzysko w miejscu walk brygady płk Maczka w okolicach Makowa Podhalańskiego
10. 4 września - rajd konny Niepołomice - Bochnia śladami odwrotu Armii Kraków
11. 5 września (godziny poranne) - udział w rekonstrukcji wjazdu księcia Józefa Poniatowskiego do Krakowa w roku 1809 - występ w mundurach huzarów napoleónskich.
12. 5 września (godziny południowe) - zawody konne w skokach przez przeszkody Niepołomice
13. 5 września (godziny popołudniowe wieczorne) - udzial w rekonstrukcji bitwy o Bochnie
14. 6 września udzial w uroczystościach patriotycznych w Bochni
15. 2-6 października udział w rajdzie konnym 900 km szlakiem pól bitewnych 3 PSK wspólnie ze Szwadronem Toporzysko (sekcja+taczanka)
16. 25-27 organizacja imprezy rekonstrukcyjnej Pola Chwały w Niepołomiach
17. 26 września inscenizacja potyczki huzarów wegierskich z piechotą księstwa warszawskiego
18. 26 września inscenizacja potyczki kawalerii z piechotą niemiecką 1939
19. 27 września insenizacja spalenia Wołmontowicz przez Kmicicową chorągiew wystąpuje3my w strojach pancernych z XVII wieku
20. 1-6 października udział w reknstrukcji bitwy pod Kockiem

Dopiero jeżeli Ktoś zorganizuje więcej imprez w ciągu 2 miesięcy i pokona mnie w konkursie skokowym klasy P to przejdę na emeryturę i ograniczę się do pisania na forum.Do tego czasu będę łapał życie pełnymi garściami -zarabiał pieniądze i je wydawał, dowodził Szwadronem, jeździł do Mediolanu aby pośluchać aby posłuchać Placido Domingo w Cirano de Bergerac, a także pisał z Wami na forum. I nie mówcie mi, że na to wszystko trzeba mieć czas - prowadzę aktywne życie zawodowe, wychowuje syna, buduje dom i mam jeszcze parę innych życiowych przyjemności .... i zapewniam Was, że na to wszystko sam zarabiam bo nic nie spadło mi z nieba. Przez życie trzeba iść cwałem a nie stępem bo tylko w stępie jest czas na oglądanie się na boki i narzekanie.

Jan Znamiec

[ Dodano: Pią Lip 31, 2009 12:39 pm ]
Szwoleżerowie Gwardii
Słynne Pułki Polskie

Wasilewscy w służbie Polsce pod standarem Francuskim.

Wasilewski Jozef ur 27-03-1789 w Kownie .syn Jana I Marii ,15-05-1815 lansjer 1 komp, (odbyl kompanię w 1815, Ligny, Waterloo)01-10-1815 opuścił służbe francuska ,wrocił do Polski. według danych genealogicznych pochodzil z Ostojów.

Wasilewski Jan II ur 15-01-1772 Grunta Klarzonki maj Kuczkowo syn Alexsandra wnuk Bazylego prawnuk Jana, służył w 3 p. szwol.gw.11-04-1813 brygadrier.a la suite we Friedburgu, przeszedł do 12 komp.,odbył kompanie 18-12 1814 ( Lutzen,Budzieszyn,Drezno,Lipsk,Hanau, Brienne,Montmirail,Laon, Chateau-Thierry,Arcis-sur-Aube)
W roku 1814-05-01, udałsie z pułkiem do Polski. bardzo bliska moja Rodzinna herb Ostoja.

Wasilewski Jan ur08-05-1793w Masiadach w guberni Wiłkomirskiejsyn Michała i Magdaleny z d Burba. Służył w jeżdzie polskiej. 11-04-1813 szwol. 11 komp we Fiedbergu, odbyl komponie 1813 ( Lutzen, Budzieszyn Drezno, Lipsk, Poległ 25-10-1813 w odwrocie spod Lipska , maja radzina.

Wasilewski Jan służy w jeżdzie polskiej 11-041813szwol. 9 kompania we Freidburgu , przeszdł do 2 komponii ,odbyl kom 1813-1814 ( lutzen,Budzieszyn,Drezno,Lipsk,Hanau, Montmirail, Chateau-Thierry- Arcis-sur-Aubej, udał sie 01-05-1814z pułkiem do Polski. prosba do wszystkich zbieraczy danych ,co by wiedzieli na tematJana wyżej opisanego , gdzie sie ur i w ktorym roku . podejżewam że to też moja rodzina , niestety nie posiadam danychna temat Jana Wasilewskiego.

Wasilewski Jan ur 17-04-1792 w dep Kutno majatek Chrościnek syn Teodora Wasilewski h Ostoja i Marii z domu Wasilewski h Ostoja,Wasilewskiej, służył w do puł,Księstwa Warszawskiego 04-03-1912.w zakładzie w Warszawie 09-06-1812 przeznaczony do 10 kom,11-04-1813 trafiłdo 5 kompanii,odbył kompanie 1812-1814, Lutzen,Budzieszyn,Drezno,Lipsk,hanau, Brienne,Montmirail,laon,chteau-Thierry,Areis-sur-Aube,udałsie 01-05-1814 z pułkiem do Polski.

Wasilewski Aleksander ur 04-05-1778 w mejscowość Próchna , syn Krystyna i Reginy, 26-12-1807 szwol,3komp,odbył kompanie 1808 poległ 30-11-1808 pod Samasierrą. nic wiecej o Aleksandrze nie wiem prośba o informację .

WasilewskiIgnacy Służył w 3 pułku szwol gw, 11-04-1813 brygadrier. a la suite we Friedburgu, odbyłkompanie 1812-1813,Lutzen,budzieszyn,Drezno, pozostał w tyle 07-09-1813.posiadam bardzo skompe informacje ,prośba o dane .

Wasilewski Antoni ur 13-06-1788 w Warszawie ,syn Piotra i Marianny Burakowskiej, wstąpił 06-12-1806 do 1 pułku psk. Księstwa Warszawskiego. 01-12-1809 szwol.1komp.odbył kompanie 1807-1809-1812,(Wagram, witebsk,Możajsk,berezyna) zaginoł 06-12-1812 pod Wilnem.

Wasilewski Adam ur 28-12-1786 w miejscowość Rawozna,w departamęcie Lubelskim Syn Kazimierza i Anety Leczkowskiej służył w 11 pul Ksiestwa Warszawskiego 05-03-1812 szwol,w zakładzie Warszawskim 01-071812 przeznaczony do 9 kom, odbył kompanie 1809 pozostal 20--8-1812 w szpitalu w Gdańsku.

Koszutski Wincenty ur 04-5-1783 w maj Poklarki woj Poz ,brat Napoleona ojca Wacława właśćcilela maj dwór Górny inaczej kulikowo zginął w pojedynku ,wacław brat Józefy żony Adama Wasilewski mój praojciec w lini prostej .,
Wincenty Koszutski 26-12-1807 szwol 6 kom odbyl kompanie 1808 zwolniony 10-06-1809.

Wasilewski Wojciech ur 15-05 1784 w Biniendzicach kolo Radomia , syn Wawrzyńca i katarzyny ,służtł w 4 psk.Ksiestwa Warszawskiego 20-05-1807 szwol 2 kom odbył kompanie 1808-1812 ( Samosierra wagram,Witebsk,MożajskBerezyna zginol 09-12-1812 miedzy Wilnem a Kownem.

Wasilewski Piotr ur 22-03-1788 w Wasilewie k Wegrowa, syn Floriana i Anny Kamińskiej ,09-08-1807 szwol, 3 kom ,01-12-1807 Brygadrier ,01-04-1809 Furier7 kom 10-04-1809 wachmistrz 04-050-1811 ppor,08-07-1813,porucznik ,odbyl kampanie 1808-1814 Samosierra, Wagram,Witebsk,Możajsk,Berezyna, Lutzen, Budzieszyn, Drezno, Lipsk,Hanau, Brienen,MontmirailLaon,Chateau-Thierry,Arcis-sur-Aube ranny 12-11-1810pod Belleredo 13-12-1809 LH ( Legia Honorowa) nr 26934 W armi Krolestwa Polskiego 19-03-1815 w szwadronach wzorowych Ułan !816 Kapitan strzelców konnych Gw, 26-10-1826 wziął dymisję
Laża Legii nr1938 h Drzewica

Wasilewski Michał ur 15-12-1794 w choroczy w obwód Białystok ,służył w 3 p. szwol gw ,.11-04-1813 szwol.5 kom we friedbergu , odbył kampanie 1812 -1813 ( Lutzen, Budzieszyn , Drezno, Lipsk) poległ 18-10-1813 pod Lipskiem.

Wasilewski Karol , w szwadronieTatarów w Moguncji , odbył kampanie 1814 ( Brienne, Montmirail, Laon, Chateau-Thierry,Arcis-sur-Auba) udał się do Polski z pułkiem 01-05-1814.

WWW Wasilewski
„IX WIDOWISKO HISTORYCZNE – PODRÓŻ DO PRZESZŁOŚCI

SZWEDZI NA KARCZÓWCE A.D.1655”

PROJEKT PRZEDSIĘWZIĘCIA

1. CZAS I MIEJSCE REALIZACJI:

08-10.05.09. Teren i okolice klasztoru na wzgórzu Karczówka, parada głównym deptakiem Kielc, ul Sienkiewicza.

2. CEL I CHARAKTER IMPREZY:

Nadrzędnymi celami tegorocznego przedsięwzięcia jest krzewienie patriotyzmu w narodzie oraz postaw obywatelskich, ukazanie ciekawych wydarzeń z życia ludzi w naszym regionie, zaprezentowanie świetności oręża polskiego. Prezentując XVII wieczną artylerię kultywujemy tradycje związane ze Staropolskim Zagłębiem Przemysłowym, a w szczególności z techniką zbrojeniową. Bezpośrednim sposobem zapoznania publiczności z w/w celami, będzie min. prezentacja staropolskiej sztuki wojennej w programie, pt: „TĘTENT KOŃSKICH KOPYT". Natomiast wszelkie wspólne zabawy, przewidziane dla widzów mają w sposób widowiskowo-edukacyjny przybliżyć odbiorcom historyczna broń i barwę, jak również wartości rycerskie w oparciu o XVII-wieczną tradycje wojskową,

3. SCENARIUSZ WIDOWISKA:

08.05.09 Piątek

Ogrody klasztorne „ĆWICZENIA ARTYLERII KRÓLEWSKIEJ”
(godziny 19.00 – 21.00)

ćwiczenia w obsłudze artylerii,
salwa z baterii artylerii dawnej,
„Fire dance” pokazy tańca z ogniem

09.05.09. Sobota

Dziedziniec klasztoru na Karczówce: (godziny 10.30 – 15.30)

- prezentacje historyczny systemów gier strategicznych dla dzieci i młodzieży,
- wystawa uzbrojenia Kieleckiego Bractwa Artyleryjskiego,
- przegląd XVII wiecznej artylerii,
- otwarte warsztaty tańca dawnego,

Centrum Kielc: (start KCK godz.14.00 do ul. Żelaznej)

- parada wykonawców widowiska głównym deptakiem Kielc, ul. H. Sienkiewicza,
(w trakcie parady, zaplanowane są tzw. scenki rodzajowe z epoki)

Ogrody klasztorne:

widowisko „PODRÓŻ DO PRZESZŁOŚCI” (godziny 16.00 – 19.00)

- przemarsz i prezentacja wykonawców widowiska,
- Życie obozowe XVII wiecznych wojsk,
- „GŁOSY BOGA WOJNY”- wspólna zabawa z publicznością przy obsłudze XVII wiecznej artylerii,
- „TĘTENT KOŃSKICH KOPYT" – staropolska sztuka prowadzenia wojny,
- „NIE TYLKO WOJNĄ CZŁOWIEK ŻYJE” – wspólna zabawa taneczna z publicznością,
- „MUSZKIETEM I PIKĄ” – sposoby działania szwedzkich pieszych formacji wojskowych
- „POBÓR REKRUTA” - wspólna zabawa z publicznością.

widowisko batalistyczne pt: „SZWEDZI NA KARCZÓWCE A.D.1655” (ok. godz. 18.00)
fabularyzowana inscenizacja szturmu i zajęcia klasztoru na Karczówce przez wojska szwedzkie w roku pańskim 1655

10.05.09. Niedziela

Klasztor na Karczówce (godzina 11.00)

- polowa Msza Święta Rycerska, celebrowana przez księży z klasztoru Pallotynów z Karczówki,

Ogrody klasztorne, widowisko „PIKNIK ARTYLERYJSKI”

- przegląd średniowiecznej, XVII-wiecznej artylerii, oraz artylerii okresu Księstwa Warszawskiego
- „POBÓR REKRUTA” - wspólna zabawa z publicznością,

4. PLANOWANI WYKONAWCY WIDOWISKA

Grupa rekonstrukcyjna z zagranicy:

MAGNA MORAVIA Z REPUBLIKI CZECH

Polskie chorągwie rycerskie kultywujące XVII-wieczne tradycje wojskowe:

PIERWSZE POLSKIE STOWARZYSZENIE TURNIEJOWE „LIGA BARONÓW” z Warszawy,
RYCERSKA DRUŻYNA MIASTA ŻARKI,
SANDOMIERSKI OŚRODEK KAWALERYJSKI
GRUPA TAŃCÓW DAWNYCH Z SZYDŁOWA
KIELECKI OCHOTNICZY SZWADRON KAWALERII im: „ 13 PUŁKU UŁANÓW WILEŃSKICH” z KIELC
KORPUS ARTYLERII NAJEMNEJ Z GLIWIC
CHORĄGIEW RYCERSKA ZIEMI SANDOMIERSKIEJ
PODOLSKI REGIMENT ODPRZODOWY
„STOWARZYSZENIE STANICA” SZWADRON JASTRZĄB Z KRAKOWA

5. ORGANIZATORZY:

Kieleckie Bractwo Artyleryjskie
(kontakt: Norbert Skorodzień, tel. 501439335, mail kbaprezes@tlen.pl )

6. WSPÓŁORGANIZATORZY

Księża Pallotyni z Karczówki

Widowisko realizowane przy wsparciu Urzędu Miasta Kielc

patronatem honorowym widowisko objęli:
WOJEWODA ŚWIĘTOKRZYSKI
MARSZAŁEK WOJEWÓDZTWA ŚWIĘTOKRZYSKIEGO

© Prawa autorskie i wykonawcze KBA
Mastalerz Kazimierz Władysław (1894-1939), pułkownik Wojska Polskiego, dowodca 18 pułku ułanów pomorskich. Ur. 20.11.1894 w Czeladzi (wg innej wersji w Sosnowicach / Sosnowcu), był synem Jana (1858-1947), maszynisty kolejowego, oraz Zofii z d. Dobke (1875-1937).
Uczęszczał do gimnazjum polskiego Gustawa Kośmińskiego w Częstochowie. Należał do Organizacji Młodzieży Narodowej Szkół Średnich oraz Organizacji Młodzieży Polskiej „Przyszłość” (PET). We wrześniu 1912 był współzałożycielem drużyny skautowej im. W. Łuksińskiego, która składała się z członków Organizacji Młodzieży Narodowej Zarzewiackiej; pełnił w niej funkcję zastępowego. W końcu 1912 r. jako uczeń VII klasy został zatrzymany przez Rosjan i osadzony w areszcie w Częstochowie. Po zwolnieniu przeniósł się do Warszawy, gdzie przez jakiś czas uczył się w gimnazjum. W obawie przed ponownym aresztowaniem wyjechał do Lwowa i tam kontynuował naukę na kursach maturalnych. W 1914 złożył egzamin maturalny. W tym okresie był członkiem Polskich Drużyn Strzeleckich. Od 1914 służył w 1 Szwadronie 1 Pułku Ułanów I Brygady Legionów Polskich. Po kryzysie przysięgowym od lipca 1917 do 1918 był internowany w Szczypiornie k. Kalisza, następnie w Łomży. Od listopada 1918 pełnił służbę w 1 Pułku Szwoleżerów.
Uczestniczył w obronie Lwowa, później w wojnie polski- bolszewickiej; W kwietniu 1919 został mianowany podporucznikiem, a w sierpniu 1920 otrzymał awans na porucznika i rotmistrza.W 1920 walczył na froncie litewsko- białoruskim.
W 1925-26 służył w Korusie Ochrony Pogranicza; w maju 1926 został awansowany na stopień majora. W 1926-30 ponownie służył w 1 Pułku Szwoleżerów; W 1930 mianowano go podpułkownikiem. W marcu 1930 Mastalerz objął w Krakowie dowództwo 8 Pułku Ułanów im. Księcia Józefa Poniatowskiego; funkcję tę pełnił do 1939 roku. W 1934 awansowany na pułkownika. W dniu 1.08.1939 wyznaczono go na dowódcę 18 Pułku Ułanów Pomorskich, który wchodził w skład Pomorskiej Brygady Kawalerii. Zginął 1.09.1939 w pobliżu wsi Krojanty k. Chojnic, prowadząc na czele dwóch szwadronów pułku atak na pozycje niemieckie. Pochowany został na cmentarzu w Chojnicach przy ul. Kościelnej (kwatera wojskowa nr 5). Symboliczna inskrypcja znajduje się na grobowcu rodzinnym Mastalerzów, w kwaterze 2, rząd II, grób 7. Jego imieniem została nazwana jedna z ulic Wrocławia, Grudziądza. Odznaczony dwukrotnie Krzyżem Virtuti Militari: 5 klasy (1920), 4 klasy (1939-pośmiertnie), Krzyżem Niepodległości, Krzyżem Walecznych (3-krotnie), Srebrnym Krzyżem Zasługi (1928), Złotym Krzyżem Zasługi (1937).
W małżeństwie z Janiną z d. Krępska nie miał dzieci.

Lit.:
PSB, t. XX (S.Poręba);
Kawalerowie Virtuti Militari, t. III (1939), cz.I (B. Polak)s. 79-80
(tu błędnie zapisano Masztalerz);
Księga żołnierzy polskich , t. I, s. 458;
Lista strat WP 1918-1920, s. 544 (dot. brata Jana);
„Niepodległość” 1958, t. VI s.117;
„Świat Szkolny” 1928, nr 7 s.6 (dot. brata Jana);
„Ziemia Częstochowska” t. XXVI, 1999 (J. Sętowski), s. 19,20;
Arch. Państw. Częstochowa, Akta m. Częstochowa, 27/8 t.II k. 1425,1426, Gimnazjum G. Kośmińskiego 9;
Arch. Państwowe Łódź ZŻPCiN 226, s. 207;
Informacje rodziny Mastalerzów z Częstochowy oraz fotografie wich posiadaniu;
Odpis z inskrypcji nagrobnej;

na podstawie:
"Cmentarz Kule w Częstochowie" autor Juliusz Sętowski
Informacje o postaci

Hrabia Emil Ignacy Potocki herbu Pilawa
Ur. 8 sierpnia 1883 r. w Sołtaniszkach pod Wilnem
Imiona rodziców: Ignacy i Edyta z d. Sołtanowiczówna

Wykształcenie:
- Prywatne nauczanie w domu
- Studja medyczne na Uniwersytecie w Heidelbergu (dyplom doktora wszechnauk ze specjalizacją okulisty)
- Studja prawnicze na uniwersytecie w Oxfordzie (dyplom doktora prawa)
- Akademja Sztuk pięknych w Wiedniu (I semestr)
- Akademja Sztuk Pięknych w Paryżu (IV Semestry)
Dalsza Karjera:
I. Poeta, Pisarz, Felietonista i prywatny lekarz okulista w Paryżu; członek Paryskiego strzelca
II. Legiony Polskie
- 6 VIII – 10 VIII 1914 – I Kompania Kadrowa
- 10 -20 VIII 1914 – Kapral w Patrolu Beliny
- 20 VII – 11 X 1914 – Z-ca dowódcy plutonu w 1 pułku ułanów Legjonów Polskich
- 11 X 1914 – 5 III 1915 – Podporucznik; dowódca plutonu w 1 pułku ułanów Legjonów Polskich
- 5 III – 31 VII 1915 – Porucznik; dowódca plutonu w 1 pułku ułanów Legjonów Polskich
- 1 VIII – 11 XII 1915 – Kapitan; Kwatermistrz pułku
- 11 XII 1915 – 16 VII 1917 – dowódca III Szwadronu w I pułku ułanów Legjonów Polskich
- 16 VII 1917 – 18 VIII 1917 – Rotmistrz; dowódca I Dywizjonu 1 p.u. Legjonów Polskich; 17 VIII wypowiada posłuszeństwo Austriakom (kryzys przysięgowy)
- 18 VIII 1917 – 21 III 1918 – zdegradowany przez C.K. Komendę Legjonów ; 14 dniosy areszt; degradacja do stopnia szeregowego; wcielenie do armii austriackiej jako lekarz w szpitalu wojskowym w Krakowie; zdezerterował i uciekł do Francji
- 21 III 1918 – 11 XI 1918 – praca w P.O.W. i wykonywanie misji w Londynie, Paryżu, Madrycie, Rzymie, Sztokholmie, Oslo, Kopenhadze i w Waszyngtonie; 9 XI powrócił do Warszawy
- 12 XI 1918 – 11 II 1922 – praca w sztabie generalnym WP; od 1 I 1920 major; od 30 VI 1920 podpułkownik; od 11 XI 1921 pułkownik
- 11 II 1922 – dziś Inspektor Generalny Kawalerii

Ważniejsze Ordery:
- Order Virtuti Militari III klasy
- Order odrodzenia Polski Polonia Restituta III i IV kl.
- Krzyż Walecznych (czterokrotnie)
- Medal Pamiątkowy za wojnę 1918-1921
- Order Francuskiej Legii Honorowej III i IV kl.
- Afgański Ser Dar Al. I Kl.
- Łotewski Order Trzech Gwiazd
- Włoski Order Rycerski Korony Włoch II Kl.
- Węgierski Krzyż Zasługi z Gwiazdą
- Rumuński Order Gwiazdy Rumunii z mieczami

--------------------------------------------------------------------------------------------------------

Emil Potocki siedział przy swym czarnym mahoniowym biurku na którym w Macicy Perłowej wyryto mapę II RP i podpisywał kolejne rozporządzenia przygotowane przez jego sekretariat. Z pracy wyrwał Inspektora Generalnego Kawalerii ordynans Henryk, który wszedł do sporego gabinetu i zakomunikował : Panie Pułkowniku! przynoszę dzisiejsze raporty. Proszę zwrócić uwagę na raport o morale w kawalerii i plany budowy nowych stajni . Oprócz tego przyniosłem także najnowsze gazety. Aha… przyszedł również list .

Potocki otworzył kopertę i zagłębił się w tekst. Z każdym przeczytanym słowem stawał się bardziej pogodny i wesoły.

- Heniu! Pojedziesz do mojej rezydencji i każesz przygotować apartament. W końcu przyszłego tygodnia przyjedzie do nas niezwykły gość. Poinformuj oficerów: Ulanickiego, Kornakiewicza i Jurewicza, że mają się u mnie stawić. Aha, wyślij jeszcze Wieniawie zaproszenie na kawę w moim gabinecie…
- Tak jest! Już się za to zabieram!
Kilka minut później u pułkownika Potockiego zjawili się oficerowie.
- Witajcie. Spocznijcie. Pozwolicie, że od razu przejdę do sedna… Wkrótce będziemy mieli specjalnego gościa. Będzie nim dowódca kawalerii Republiki Francuskiej. Będziemy mieli z nim interes do omówienia. Dotyczy to sporych dostaw koni i sprzętu wojskowego. Tutaj macie panowie szczegółowe dokumenty dotyczące planowanej przeze mnie rozbudowy kawalerii. Ma zostać m. in. Specjalny Pułk ułanów Józefa Piłsudskiego. Będzie także pełnił funkcję reprezentacyjną… Wszystko zawarto w tych papierach. Dam wam także listę oddziałów wojskowych które macie odwiedzić do końca tygodnia. Zrozumiano?
- Tak jest panie pułkowniku!
- Odmaszerować!
Gdy oficerowie wyszli Emil zabrał się za czytanie przyniesionych przez ordynansa gazet. Popijał to herbatą z rumem i popalał długim, kubański cygarem.

"Czerwony Sztandar"
Na specjalne zaproszenie do Moskwy udali się w tym tygodniu przywódcy Komunistycznej Partii Polski. Władze na Kremlu doceniły rosnącą rolę KPP w Polsce i jej niemały wpływ na społeczeństwo. (...)

„Ilustrowany Kuryer Codzienny”
Zastrzelenie podoficera policji w Tarnopolu

Wczoraj, w godzinach popołudniowych zastrzelono podoficera policji - 29 letniego Felicjana Muchę, który wczoraj aresztował 3 młodych Ukraińskich komunistów. Jego śmierć najprawdopodobniej była odwetem. Osierocił 2 dzieci. W odwecie ONR-owcy wparowali na ukraiński wiec zabijając 43 zgromadzonych. Winni nie zostali jeszcze aresztowani….
- Czy to nie może ustać? Ciągle niepokoje na Kresach. Będę musiał porozmawiać z Marszałkiem o utworzeniu na Kresach jakichś specjalnych oddziałów porządkowych…

Wieczorem miał miejsce bal u Księcia Roztockiego. Zajechały eleganckie samochody. Ze wspaniałego, czarnego Rolls-Royce’a wysiadł młody Oficer. Na jego piersi można było zauważyć Virtuti Militari III Klasy. Zabawa trwała w najlepsze. Ułan był już nieco wstawiony. Zaczął podrywać bardzo atrakcyjną, młodą dziewczynę. Miała nie więcej niż 25 lat. Rozmowa trwała z 15 minut. Potem zaczęła przekomarzać się z młodym oficerem: wymieniała ceny jakie musi spełniać jej kochanek. Oczywiście w miarę młody, dojrzały emocjonalnie, wysportowany, przystojny, lubiany, niezależny, lubiany męski… no i oczywiście musie mieć…30 cm…

Na to pułkownik odpowiada jej:

- Madame. Dla Ciebie to ja i w ogień skoczę, ale… obciąć sobie 10 cm to absolutnie nie pozwolę!

Potem zagadnął także do swego drogiego przyjaciela Tadeusza Stefanowicza. Po pewnym czasie rozmowa przeniosła się w sferę alkoholi.

- Popatrz Emil, ile jest na świecie dobrych win, które mają wspaniały bukiet, smak i w ogóle są przepyszne. Nie rozumiem dlaczego wielu ludzi woli od tego jakąś tam ohydną wódkę…
- A ty wiesz co by się działo gdyby wódka miała dobry smak?

Zabawa skończyła się dopiero późną nocą.
OSTROŁĘKA 1831

1. Sytuacja międzynarodowa przed wybuchem powstania listopadowego
Gdy Francja kichnie, cała Europa jest przeziębiona – to stwierdzenie księcia Metternicha, ministra spraw zagranicznych i kanclerza Austrii, dobrze oddaje mechanizm niejednej z XIX-wiecznych rewolucji, których źródeł zawsze doszukiwano się nad Sekwaną. Bowiem z reguły to właśnie wydarzenia we Francji stanowiły pierwsze ogniwo pociągające za sobą rozruchy i bunty w innych krajach Europy. Nie dziwi więc alergiczny stosunek starego dyplomaty, jakim był Metternich, do kraju uważanego przezeń za siedlisko wszelkiej rewolucyjnej zarazy, skąd rozlewała się ona na cały kontynent nieraz przysparzając mu kłopotów w samej Austrii. Tak też stało się w roku 1830.
Rewolucja lipcowa we Francji (27-29.VII.1830) obaliła rządy opierającego się na arystokracji i ugrupowaniach rojalistów Karola X, wynosząc do władzy popieranego przez burżuazję księcia orleańskiego w osobie Ludwika Filipa. Bogate mieszczaństwo wolało mieć na tronie słabego króla niż ustrój republikański, prowadzący do zamętu, podczas którego nie można być pewnym nie tylko swojego mienia, ale i życia. To co nastąpiło w Paryżu stało się impulsem do wybuchu rewolucji sierpniowo-wrześniowej w Belgii. Jej mieszkańcy pragnęli oderwania Belgii od Holandii i tym samym likwidacji stworzonego na kongresie wiedeńskim sztucznego tworu, jakim było Królestwo Niderlandów. 24 listopada Kongres Narodowy w Brukseli zdetronizował króla Niderlandów Wilhelma I i całą rodzinę orańsko-nassauską „na wieczne czasy”. Ponieważ starszy syn króla był szwagrem Mikołaja I, akt ten pośrednio godził w prestiż samego cara i Rosji.
Sukcesy rewolucji we Francji i w Belgii uaktywniły ruchy spiskowe w całej Europie. Wystąpiły one także w państwach naszych zaborców: Prus i Austrii. Pod wpływem tych wydarzeń zaczęły zwierać szeregi również siły reakcyjne. O ile Austria i Prusy zajęte były swoimi własnymi problemami i ostatecznie gotowe były pójść na pewne ustępstwa, to Rosja pozostała wobec nowej sytuacji nieugięta. Car Mikołaj I zamierzał siłą zaprowadzić ład i porządek w Europie. Nie po raz pierwszy armia rosyjska miała ponieść bratnią pomoc zaprzyjaźnionym monarchom. Doświadczenia po temu były, i to dość bogate. W końcu to przede wszystkim dzięki rosyjskim bagnetom udało się 15 lat wcześniej ostatecznie usunąć z tronu Francji uzurpatora, mieniącego się Cesarzem Francuzów, i przywrócić władzę prawowitemu królowi.
17.X.1830 wydano w armii polskiej i rosyjskiej zarządzenie o pogotowiu wojennym, zaś cztery dni później minister skarbu Królestwa Polskiego ks. Ksawery Drucki-Lubecki otrzymał z Petersburga polecenie przygotowania finansów państwa na stan wojny. Osiągnięcie pełnej gotowości bojowej obu armii planowano na 22 grudnia.
Jak z tego widać w interwencji w Niderlandach, obok wojsk rosyjskich, miało również wziąć udział wojsko polskie. Stanowiłoby ono w takim wypadku główny trzon połączonych sił. Car zamierzał wykorzystać wydarzenia w Belgii do tego, aby wyprowadzić wojsko polskie z kraju i pod jego nieobecność wprowadzić tu oddziały rosyjskie, a następnie zlikwidować odrębność Królestwa Polskiego, wcielając je do Rosji. Zapewne podobny los spotkałby wtedy armię polską, która stałaby się częścią armii rosyjskiej.
Plany tego rodzaju snuto już wcześniej. W 1823 r. car Aleksander I planował stworzenie i rozlokowanie na zachodnich granicach swojego imperium, a więc głównie w Królestwie Polskim, specjalnej armii obserwacyjnej. Miała ona być przeznaczona do interwencji w Hiszpanii i walki przeciwko tamtejszym konstytucjonalistom. W skład jej weszłoby wojsko polskie. Inne pomysły zakładały wysłanie Polaków na wojnę z Turcją.
Przygotowania do wysłania polskiego wojska za granicę stały się, obok ogólnej sytuacji w Królestwie Polskim (łamanie konstytucji, cenzura, represje wobec opozycji) i zdekonspirowania w listopadzie Związku Podchorążych, główną przyczyną wybuchu powstania, zaplanowanego przez organizatorów na 29 listopada 1830 r. Powstanie listopadowe różniło się jednak od rewolucji zachodnioeuropejskich tym, że jego głównym celem było odzyskanie przez Polskę niepodległości. Nie ingerowano w kwestie społeczne (uwłaszczenie chłopów, likwidacja pańszczyzny). Nie była to rewolucja antyfeudalna, choć lewicowe i centrowe ugrupowania polityczne będą dążyły podczas powstania do tego, aby przybrało ono także taki charakter.

2. Powstanie
Od podjęcia decyzji przez sprzysiężonych podchorążych wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. W noc listopadową z 29 na 30 przy pomocy ludu Warszawy udało się powstańcom opanować miasto. Ważne znaczenie podczas walk toczonych w stolicy miało zdobycie Arsenału – znajdowały się tam zapasy broni, w które uzbrojono ludność Warszawy walczącą ze stacjonującymi w niej wojskami rosyjskimi. Nie powiódł się jednak atak na Belweder, siedzibę wielkiego księcia Konstantego, którego miano pochwycić bądź zabić. Nie postarano się też o przeciągnięcie na stronę polską oddziałów Konstantego, a później, walczących z Polakami w pierwszej fazie powstania oddziałów korpusu gen. Rosena, choć ze względu na skład narodowościowy tych jednostek były ku temu szanse. Co więcej, pozwolono Konstantemu i wojskom rosyjskim na bezpieczne opuszczenie Królestwa. Duże znaczenie dla dalszych losów powstania miało złożenie przez powstańców władzy w ręce „ojców narodu”, czyli pozostawienie jej w ręku dotychczasowych władz, składających się z osób niechętnych powstaniu.
Wśród powstańców, w tym wśród generalicji, ścierać się będą odtąd dwa dążenia: do walki z Rosją i wywalczenia sobie samemu niepodległości, i do układów – rachuby, że idąc na kompromis z carem uda się uzyskać porozumienie i utrzymać autonomię. Za zwycięstwo pierwszego z tych nurtów uznać można detronizację Mikołaja I i całej dynastii Romanowów, ogłoszoną przez Sejm 25.I.1831 roku. Jedną z ważniejszych kwestii, jakich z kolei nie udało się rozwiązać Sejmowi, było uwłaszczenie chłopów. Niezałatwienie tego poważnego problemu społecznego negatywnie wpłynęło na dalsze losy powstania, sprawiając, że pozostało ono przede wszystkim powstaniem szlacheckim.
W chwili wybuchu powstania armia Królestwa Polskiego liczyła około 30 tys. Jeszcze w grudniu rozpoczęto mobilizację, w pierwszej kolejności powołując do szeregów 9000 dymisjonowanych żołnierzy. Ogółem w ciągu całego powstania zmobilizowano 160000 do 190000 ludzi, co w połączeniu z istniejącą już armią obrazuje ogrom wysiłku zbrojnego powstańców. Do początków lutego zmobilizowano między innymi 8000 kawalerii, z której utworzono nowe pułki jazdy, biorące nazwy od miast bądź regionów formowania np. 1 pułk jazdy augustowskiej, 1 pułk jazdy lubelskiej, 1 i 2 pułk mazurów, 1 i 2 pułk krakowski. Większość nowych pułków szybko zaczęła dorównywać starym.
Wielu polskich oficerów i żołnierzy miało doświadczenie wojskowe sięgające służby w armii cesarza Napoleona i Księstwa Warszawskiego. W pułkach kawalerii w początkach istnienia Królestwa instruktorzy rekrutowali się często z dawnych żołnierzy pułku szwoleżerów-lansjerów gwardii cesarskiej i pułku ułanów nadwiślańskich. Podobnie było w innych rodzajach broni. Generałowie armii Królestwa swoje kariery rozpoczynali właśnie w epoce „Boga wojny”. Armia polska, znakomicie wyszkolona przez wielkiego księcia Konstantego, który się nią słusznie chlubił, miała się okazać dla carskich żołnierzy wymagającym przeciwnikiem. Rozpoczęto również produkcję zbrojeniową. Tutaj powstańcy mieli jedynie ogromne trudności z uruchomieniem produkcji dział, ponieważ władze carskie celowo blokowały wcześniej rozwój tej dziedziny przemysłu w Królestwie. Odlewanie dział na większą skalę przeprowadzono dopiero w lecie 1831 roku.
Tymczasem do Warszawy zbliżały się już wojska rosyjskie. Feldmarszałek Iwan Dybicz, głównodowodzący armii wysłanej do stłumienia powstania, postanowił uporać się z nim jak najszybciej, jeszcze do wiosny 1831, i mimo że trwała zima zdecydował się rozpocząć intensywne działania wojenne. Armia rosyjska, mimo przewagi liczebnej, nie zdołała jednak pokonać wojska polskiego bohatersko broniącego dostępu do Warszawy w bitwie pod Grochowem (25.II.1831). Nie udało się więc powtórzyć sukcesu Suworowa, który podczas powstania kościuszkowskiego dokonał rzezi Pragi, zastraszając obrońców Warszawy. Co więcej, w wyniku polskiej ofensywy wiosennej powstańcy odnieśli szereg sukcesów militarnych (Wawer – 31.III.1831, Dębe Wielkie – 31.III.1831), z których największym była bitwa pod Iganiami (10.IV.1831). Mimo to, nie opanowano rosyjskich magazynów w Siedlcach, które były celem wyprawy.
Choć nadal wierzono w układy i korzystne dla Polski zmiany sytuacji międzynarodowej, powoli stawało się jednak jasne, że na ugodowość ze strony samego cara trudno liczyć. Będący w tej fazie powstania wodzem naczelnym gen. Skrzynecki (wodzem naczelnym został po bitwie pod Grochowem), pod presją rządu i opinii publicznej zmuszony został do działań ofensywnych. Plan takich działań przedstawił już nieco wcześniej gen. Ignacy Prądzyński. Zakładał on atak na gwardię carską (doborowe oddziały rosyjskie liczące w sumie ponad 20 tys. żołnierzy), stacjonującą w rejonie Łomży, i jej zniszczenie, co poważnie osłabiłoby prestiż cara w Europie i być może skłoniłoby go do rokowań pokojowych i ustępstw. Pierwotnym autorem projektu był gen. Wojciech Chrzanowski.

3. Wyprawa na gwardię
12 maja wieczorem główna armia polska, stojąca od paru dni pod Kostrzyniem, oderwała się od znajdujących się naprzeciw niej głównych sił rosyjskich pod dowództwem Dybicza i pomaszerowała w stronę Warszawy, po czym zatoczyła łuk, minąwszy ją od wschodu, idąc na Serock, a następnie w kierunku Łomży. Do samej Warszawy wojska nie wchodziły ze względu na to, że stolica roiła się od szpiegów, którzy mogliby donieść o ruchach armii i przez to wyeliminować efekt zaskoczenia. Aby dodatkowo utrudnić przesyłanie przez wrogi wywiad informacji o ruchach wojska wstrzymano na kilka dni przesyłanie poczty i kolportaż prasy. Na pozycjach naprzeciw Dybicza pozostały 1 dywizja kawalerii i 4 dywizja piechoty, pod dowództwem gen. Umińskiego. Skutecznie pozorowały one obecność całej armii przez najbliższe dni, wprowadzając przeciwnika w błąd. 14 maja w Serocku zgromadziła się cała armia uderzeniowa w sile 44 tys. żołnierzy i 108 dział. W wyniku szybkiego marszu, po drobnych utarczkach, 17 maja zbliżyła się ona do pozycji zajmowanych przez gwardię, zaś wydzielona, osłaniająca ją od południa grupa gen. Łubieńskiego, zajęła bądź zniszczyła mosty na Bugu, głównie w Nurze, blokując najkrótszą drogę, którą mógł nadejść z odsieczą gwardii Dybicz. Zaskoczenie gwardii udało się z kilku powodów: po pierwsze, Rosjanie uznali taki manewr ze strony polskiej za zbyt ryzykowny, spodziewając się w tym rejonie co najwyżej silnego oddziału idącego z pomocą powstańcom litewskim, po drugie, Dybicz zlekceważył meldunki o ruchach armii polskiej, wprowadzony w błąd przez Umińskiego, i po trzecie, gwardia jako elitarna formacja nie mogła się cofać przed pierwszym lepszym przeciwnikiem (większych sił polskich nie rozpoznano w tym rejonie) – chodziło tu o jej prestiż, nie chciano dawać argumentów propolskiej propagandzie na zachodzie. Cofanie się gwardii przed drobnymi oddziałami ośmieszałoby armię carską w opinii publicznej Europy.
Wydawało się więc tego dnia, że losy gwardii są przesądzone: główna armia polska, licząca 30000 żołnierzy i 80 dział (po wydzieleniu oddziałów osłonowych, m.in. grupy Łubieńskiego), miała naprzeciw siebie 23000 żołnierzy i 70 dział, przy czym Rosjanie, ze względu na ich położenie operacyjne, nie bardzo mieli jak uniknąć bitwy. Jednak, gdy wieczorem Prądzyński przyszedł do Skrzyneckiego z przygotowanymi na następny dzień rozkazami do ataku, ten ich nie podpisał, mimo kilkakrotnych usilnych nalegań ze strony Prądzyńskiego.
Scena, która w nocy z 17 na 18 maja rozegrała się w kwaterze głównej w Książpolu pomiędzy wodzem naczelnym i kwatermistrzem generalnym, stała się naprawdę punktem zwrotnym historii tej wojny: zapowiadała już wyraźnie, że przegramy ją i wyjaśniała, dlaczego przegramy. Są bowiem rozmaite przegrane w dziejach: takie, w których pokonany waży się na rzeczy wielkie i doznaje zawodu, oraz takie, w których, mając pewne siły i środki, nie odważa się nawet ich użyć. Nasza w 1831 r. należeć miała, niestety, do kategorii tych ostatnich (W. Tokarz).
Gdy 18 maja Polacy, pod osobistym dowództwem Skrzyneckiego, zajęli się wyrzucaniem z Ostrołęki stojących tam przejściowo słabych oddziałów gen. Osten-Sackena (Rosjanie zadawszy nam straty wycofali się), gwardia rozpoczęła odwrót na Białystok. Następnego dnia była jeszcze szansa zniszczenia tylniej straży gwardii, ale i tę okazję zmarnowano. Dopiero 20 maja Skrzynecki zarządził pościg za gwardią, gdy ta odeszła już na tyle daleko, że nie było szans jej dopadnięcia. W pościgu tym zapędził się aż pod Tykocin, nie osiągając właściwie nic.
Na pierwszy rzut oka trudno dziś zrozumieć postępowanie generała Skrzyneckiego w dniach 17 i 18 maja. Wskazuje się, że był on człowiekiem niezdecydowanym i słabego charakteru, bojącym się wziąć na siebie odpowiedzialność w trudnych chwilach. Po drugie jednak, był związany przez całą swoją karierę wojskową z księciem Adamem Czartoryskim, który od początku dążył do układów z carem. Zniszczenie gwardii oznaczałoby wytępienie synów wielu znamienitych rodów arystokratycznych Rosji, którzy w tej elitarnej formacji służyli. W takiej sytuacji wszelka szansa na porozumienie zniknęłaby bezpowrotnie. Można sądzić, że Skrzynecki po prostu nie chciał zniszczyć gwardii.
Tymczasem Dybicz, otrzymawszy wieczorem 20 maja alarmujący list od dowodzącego gwardią wielkiego księcia Michała Pawłowicza, rozpoczął forsowny marsz wszystkimi siłami, które miał pod ręką, aby przyjść mu z pomocą. Wkrótce dostał też list od Mikołaja I, w którym car ostro zrugał go za narażenie gwardii na tak poważne niebezpieczeństwo. Mikołaj stracił wówczas cierpliwość i zdecydował się odwołać Dybicza i mianować na jego miejsce gen. Paskiewicza. Dybicz odzyskał jednak zaufanie cara po bitwie pod Ostrołęką.
Ruch Dybicza groził armii polskiej wyjściem na tyły, wobec czego Skrzynecki rozpoczął odwrót. Ostatecznie zatrzymał się pod Ostrołęką. Nie chciał się bowiem cofać zbyt głęboko, by nie dać poznać, że ucieka przed przeciwnikiem i by nie demoralizować wojska. Dybiczowi zaś udało się w końcu, 24 maja nawiązać łączność taktyczną z gwardią. Działający zwykle niezbyt śpiesznie feldmarszałek podjął wtedy ważną decyzję. Zarządził na następny dzień – 25 maja, forsowny marsz na Pyski, w pościgu za Polakami. Tego dnia, maszerując 21 godzin, od wczesnego ranka, poszczególne kolumny rosyjskie, przeszły 43-53 kilometrów. Armia rozciągnęła się w tym pochodzie, przez co w mającej się rozegrać następnego dnia bitwie wzięła udział tylko jej część. Rosjanie atakowali niejako z marszu.
Decyzja Dybicza wytworzyła tę niespodziankę, ten moment zaskoczenia przeciwnika, który odebrał mu swobodę ruchów i postawił wobec położenia całkowicie nieoczekiwanego. (W. Tokarz).

4. Bitwa pod Ostrołęką
Rozmieszczenie wojsk polskich przed bitwą było takie, że na wschodnim brzegu Narwi ok. 3,5 km na wschód od Ostrołęki, na linii miejscowości Rzekuń, Czarnowiec, Ławy, Goworki zostawiono jako straż tylnią grupę pod dowództwem gen. Łubieńskiego, składającą się z dowodzonej przez niego 2 dywizji kawalerii i 5 dywizji piechoty. Ponadto w skład grupy wchodziła doborowa brygada gen. L. Bogusławskiego (4 i 8 pułk piechoty liniowej) oraz batalion pułku weteranów. Bogusławki z rana zajął pozycję w Ostrołęce i wokół niej, z zadaniem kontrolowania miasta i mostów. Reszta wojsk pozostała na zachodnim brzegu. Nasz wódz naczelny nie spodziewał się bitwy. Jazda rozkulbaczyła konie, a wielu żołnierzy wykorzystywało przerwę operacyjną, aby umyć się i wykąpać w Narwi. Nie wydano instrukcji postępowania na wypadek bitwy. Co gorsza, wczesnym rankiem 26 maja odesłano do Różana park rezerwowy artylerii, przez co naszej artylerii brakowało później tego dnia amunicji.
Bitwa rozpoczęła się około 9 nad ranem 26.V.1831 od starć grupy Łubieńskiego ze strażą przednią Bistroma pod Rzekuniem. W tym samym czasie rosyjska lekka kawaleria gwardii próbowała, bez powodzenia, sforsować przeprawę pod Ławami i Goworkami. Rosjanie atakowali Łubieńskiego od frontu, a jednocześnie obchodzili jego pozycje od skrzydeł, grożąc mu odcięciem od reszty sił. Po zorientowaniu się w sytuacji i w sile wojsk rosyjskich rozpoczął on odwrót ku Ostrołęce, mimo że rozkaz sztabu głównego nakazywał mu obronę pozycji, na których się znajdował „jak będzie można najdłużej”. Decyzja Łubieńskiego była całkowicie słuszna, gdyż wobec przewagi Rosjan jego oddziały nie zdołałyby utrzymać wyznaczonych pozycji i zostałyby rozbite. Odwrót odbywał się w sposób zorganizowany, spokojny. Na niektórych pozycjach Polacy nawiązali walkę i efektywnie kontratakowali, zadając straty nacierającym wojskom rosyjskim. Wycofano się za Narew bez większych strat do godziny 11.00.
Widząc przekraczające rzekę oddziały Łubieńskiego, gen. Skrzynecki podjechał do nich bardzo niezadowolony z faktu niewykonania rozkazu i odruchowo nakazał Bogusławskiemu obronę Ostrołęki do ostatniego żołnierza. Na wschodnim brzegu pozostał więc ze swoją brygadą tylko Bogusławski i przydzielone mu 4 działa pod dowództwem kpt. Jabłonowskiego (wydzielone z 4 baterii lekkokonnej Bema).
Należy w tym miejscu wspomnieć o warunkach terenowych wokół miasta. Otóż Narew tworzy tu zakole, wklęsłe ku wschodowi, przez co wschodni brzeg jest wyższy od zachodniego. Ze względu na te warunki naturalne obrona miasta z pozycji zajmowanych przez armię polską byłaby bardzo utrudniona. Z kolei po zachodniej stronie rzeki istniało naturalne przedmoście, osłonięte dodatkowo od tej strony wzgórzami, które częściowo zasłaniały stojące na nim oddziały przed ostrzałem artylerii. Jednocześnie piechota, która przeprawiłaby się przez mosty, mogła tu liczyć na wsparcie swojej, stojącej za rzeką artylerii, która doskonale mogła flankować ogniem jej stanowiska.
Szef sztabu, gen. Prądzyński, zdając sobie sprawę z tych uwarunkowań terenowych i dowiedziawszy się z rana o sytuacji, planował przepuszczenie wojsk rosyjskich na zachodni brzeg i zorganizowanie tutaj zasadzki. Chciał przy pomocy ostrzału artyleryjskiego oraz połączonych ataków piechoty i kawalerii zniszczyć siły, które się przeprawią, bądź zadać im znaczne straty. W tym celu rozstawił na wzgórzach na drodze do Antonii 3 kompanię pozycyjną mjr. Turskiego oraz pół 1 kompanii pozycyjnej pod dowództwem kpt. Soleckiego – miały one pod ostrzałem mosty i obszar przedmościa. Bliżej mostów dla ich ochrony zostawiono drugą połowę 1 kompanii pozycyjnej pod dowództwem mjr. Bielickiego i 5 kompanię pozycyjną mjr. Neymanowskiego. Reszta artylerii stanęła bardziej na tyłach. Na północy, na skraju lasu rozlokowana była 3 dywizja piechoty gen. Małachowskiego, w centrum 1 dywizja piechoty gen. Rybińskiego, a na południu zajęła miejsce 5 dywizja piechoty gen. Kamieńskiego. Jazda stanęła za Omulewem, koło miejscowości Drążewo. Oddziałom z grupy Łubieńskiego pozwolono odpocząć po porannych walkach.
Tymczasem Rosjanie podciągnęli artylerię i przeprowadzili szturm Ostrołęki. Bogusławski, ze szczupłymi siłami, nie miał szans utrzymać tej pozycji. Część jego żołnierzy zginęła, ok. 1200 dostało się do niewoli, części udało się w dramatycznych okolicznościach uciec na zachodni brzeg. Na północ od miasta jeden z batalionów tej brygady został przyparty do rzeki przez ułanów gwardii i zniszczony (część żołnierzy poddała się).
Około 12.00, zaraz po opanowaniu przez Rosjan Ostrołęki, na wschodnim, wyższym brzegu Narwi, na północ i na południe od miasta, generałowie Toll (szef sztabu armii) i Gerbel (dowódca artylerii w korpusie grenadierów) zaczęli rozmieszczać liczną artylerię, głównie z 3 dywizji piechoty i 3 dywizji grenadierów, formując dwie wielkie baterie.
Generał Grabbe, korzystając z tego, rozkazał Astrachańskiemu pułkowi grenadyerów zdobyć most i stojące za nim dwa działa polskie. Kawalerowie Św. Jerzego stanęli na ochotnika na czele kolumny, i pułk, mając drugi batalion na przedzie, rzucił się na most. (A. Puzyrewski)
Za drugim batalionem pułku Astrachańskiego przekroczył rzekę także pierwszy batalion tego pułku, pułk grenadierów Suworowa oraz dwa szwadrony ułanów gwardii z działem konnym (tych ostatnich jednak potem wycofano). Oddziały polskie stojące przy moście zostały odrzucone. Kontratak resztek polskiego 8 pułku piechoty w celu odbicia mostu został również odparty. Wkrótce przez rzekę, mimo uszkodzenia mostów, zaczęły przeprawiać się kolejne bataliony rosyjskie.
Pod wpływem tych wydarzeń generał Skrzynecki stracił głowę. Rozkazał zejść z doskonałej pozycji na wzgórzach artylerii mjr. Turskiego i kpt. Soleckiego, wskutek czego poniosła ona straty od ognia artylerii rosyjskiej i musiała się wycofać, a następnie rozpoczął chaotyczne ataki pojedynczymi pułkami i batalionami. Zamęt pogłębiło opuszczenie pola bitwy przez 5 kompanię artylerii pozycyjnej mjr. Neymanowskiego, który dokonał tego ze względu na nieprzydzielenie mu osłony piechoty, a pod pozorem wyczerpania amunicji. Co gorsza, pociągnął on za sobą 4 kompanię artylerii lekkiej kpt. Lewandowskiego.
Widząc przeprawionych na zachodni brzeg grenadierów rosyjskich Skrzynecki wydał 1 i 3 dywizji piechoty gorączkowy rozkaz do zaatakowania ich, jednak wykonała go tylko część batalionów, gdyż żołnierze nie byli jeszcze przygotowani do walki. Ataki odbywały się w sposób nieskoordynowany.
Skrzynecki, widząc niepowodzenie Langermana, robi mu niezasłużone wymówki, a następnie powierzywszy Prądzyńskiemu zupełnie rozstrojone lewe skrzydło, pędzi w szale wzdłuż frontu, wołając z całych sił: „Małachowski naprzód! Rybiński naprzód! Wszyscy naprzód!”. Wojska, opuściwszy pozycye swoje w zaroślach, wysunęły się bezładnie na polanę. (A. Puzyrewski)
Nacierające pojedynczo bataliony dostawały się pod ogień artylerii rosyjskiej, przez co musiały się rozwijać w linie bądź tyralierę, będąc jeszcze daleko od pozycji wroga. O godzinie 12.30 przeprawiły się przez rzekę kolejne 4 bataliony rosyjskie z pułków 3 karabinierów i Jekaterynosławskiego.
O godz. 13.00 rozpoczęła bardziej zorganizowane natarcie 1 dywizja piechoty z resztą 3 dywizji piechoty w odwodzie i przy wsparciu własnej artylerii.
Bataliony polskie do samej podeszły szosy i zatrzymały się w niepewności, oparłszy karabiny o nasyp szosowy. Bliskość obu stron wywołała wzajemne obelgi i zaczepki: „Precz, moskale” – krzyczeli Polacy; nasi zaś w odpowiedzi ciskali kamieniami, piaskiem itp. Na koniec polskie bataliony wdrapały się na szosę i z okrzykiem rzuciły się na grenadyerów (A. Puzyrewski)
Natarcie doprowadziło do odrzucenia Rosjan ku mostom, jednak idąca za nimi w pościgu piechota dostała się w krzyżowy ogień stojącej za rzeką artylerii. Kontruderzenie przeciwnika ostatecznie załamało atak polski i odrzuciło nasze oddziały na pozycje wyjściowe.
Po odparciu ataku 1 dywizji wojska rosyjskie posunęły się nieco do przodu, a tyralierzy rosyjscy zaczęli podchodzić pod stanowiska artylerii Turskiego. W tej fazie bitwy Skrzynecki postanowił użyć do natarcia polskiej kawalerii. Podmokły teren był na tyle niedogodny, że szarże nie przyniosły większych rezultatów, a nasza jazda poniosła duże straty. Rozpędzono jedynie tyralierów.
Około godziny 16.00 Rosjanie, naprawiwszy zrywające się mosty, rozpoczęli przeprawę na zachodni brzeg dalszych sił. O tej godzinie nadciągnęła też pod Ostrołękę 2 dywizja grenadierów i 4 bataliony gwardii, z księciem Szachowskim. Wkrótce naprzeciw Polaków było już 17 batalionów, a przed 18.00 25 batalionów, przy czym Dybicz nie zaangażował wszystkich sił. Zebrawszy się rozpoczęły one około 17.00 atak na pozycje polskie. Częściowo ugrzązł on ze względu na silny ogień artylerii polskiej.
Wrogie kolumny, wychodząc spoza zasięgu ognia własnej artylerii, weszły w strefę ostrzału naszej. W tym momencie Polacy wyprowadzili największe w tej bitwie i najlepiej zorganizowane natarcie, głównie siłami brygady Muchowskiego z 1 DP i brygady Krasickiego z 5 DP, częściowo zachodząc wrogie siły z flanki. Rosjanie, aby wesprzeć cofających się 9 batalionów rzucili do walki 11 kolejnych ze swojego odwodu. I to nie pomogło. Piechota rosyjska stopniowo cofała się ku mostom pod naporem Polaków. Zabłysła nadzieja na zwycięstwo. Jednak gdy nacierające polskie kolumny zbliżyły się do mostów, po raz kolejny dostały się w ogień stojącej za Narwią rosyjskiej artylerii. Oddziały Krasickiego i Muchowskiego, wyczerpane już mocno walką, poniosły duże straty po czym musiały się wycofać. I tym razem Rosjanom udało się utrzymać przyczółek przy mostach.
Około 19.00 przez most przejechali Dybicz z Tollem, co wzięto za zapowiedź szarży rosyjskiej kawalerii, dotychczas nie biorącej prawie w ogóle udziału w bitwie.
Wówczas gen. Skrzynecki wydał rozkaz dowódcy 4 baterii lekkokonnej podpłk. Bemowi, aby ruszył naprzód i ostrzelał piechotę rosyjską przy mostach.
Pomimo braku rezerw, a więc słabości linii bojowej w ogóle, Polacy śmiało posuwali się naprzód, jedna zaś baterya, z niesłychaną śmiałością podbiegłszy do świeżo co przeszłych przez Narew batalionów 3 dywizji piechoty, osypała je gradem kartaczy. Pułki Staro i Nowoingermanlandzki wstecz się rzuciły, mianowicie pierwszy, a most już się był pokrył uciekającymi. Wielkie groziło niebezpieczeństwo: przykład mógł zaraźliwie oddziałać na innych; ale zimna krew i męstwo dowódców powstrzymały żołnierzy. Młody oficer, Adlerberg, z pałaszem w ręku zagrodził most uciekającym, nadbiegli zaś tu Martynow, Berg, a następnie Bistrom przywrócili ostatecznie porządek. (A. Puzyrewski)
Artylerzyści rosyjscy przez pewien czas patrzyli zza rzeki z osłupieniem, wkrótce jednak rozpoczęli ostrzał zadając Bemowi straty i zmuszając go do wycofania. Szarża artylerii konnej Bema chlubnie zakończyła bitwę stając się jej najsłynniejszym epizodem. Dybicz pod wrażeniem ostatnich ataków polskich nadal sądził, że ma przed sobą silną armię, zdolną do walki mimo wszelkich słabości swego wodza naczelnego i w nocy wycofał nawet część swych sił na wschodni brzeg.
Straty polskie w bitwie wyniosły 194 oficerów i 6224 żołnierzy i podoficerów zabitych, rannych lub wziętych do niewoli, a rosyjskie 172 oficerów i 5696 żołnierzy i podoficerów. Były to więc liczby zbliżone. Największe znaczenie miało jednak rozprzężenie morale w armii polskiej i ogólny upadek ducha, jaki nastąpił po bitwie. Już pod koniec bitwy wielu żołnierzy piechoty zaczęło opuszczać oddziały, uchodząc do pobliskich lasów, tak że po zmierzchu, jeśli wierzyć Prądzyńskiemu, udało się oficerom zebrać ledwo 1,5 do 2 tys. piechurów. Skrzynecki w ostatniej fazie bitwy starał się to maskować wysyłając na pierwszą linię kawalerię i artylerię i żwawo atakując podchodzących pod polskie stanowiska rosyjskich tyralierów. Ruchliwością, nadrabianiem miną starano się ratować położenie. (W. Tokarz)
Po kilku dniach większość dezerterów powróciła do szeregów (29 maja Prądzyński szacował naszą piechotę na 15000) jednak armia po Ostrołęce nie wyglądała już tak samo jak wcześniej. Począwszy od tej bitwy strona polska straciła inicjatywę w tej wojnie. Powstanie listopadowe zaczęło powoli zmierzać do upadku.

5. Ocena bitwy i jej skutki
Oceniając bitwę, na pierwszy plan wysuwa się osoba polskiego głównodowodzącego, generała Skrzyneckiego. Pierwszy błąd popełnił on jeszcze zanim bitwa się zaczęła, zostawiając liczne oddziały pod dowództwem gen. Łubieńskiego na wschodnim brzegu Narwi, gdy jednocześnie nie zamierzano początkowo bronić Ostrołęki. Sam Łubieński był za słaby, aby walczyć z całą armią rosyjską, a jednocześnie miał siły dość liczne, co mogło utrudnić szybką ich przeprawę na zachodni brzeg w razie odwrotu. Nie ściągnięto pod Ostrołękę z Łomży silnej, 2 dywizji piechoty gen. A. Giełguda, a nawet nie starano się tego zrobić w dniu bitwy, gdy sytuacja była już wiadoma. Nie rozpoznano też należycie ruchów armii rosyjskiej, której pojawienie się tak szybko pod Ostrołęką było dla Polaków zaskoczeniem.
Jednak te błędy nie wpłynęły w takim stopniu na końcowy rezultat, jak późniejsze działania wodza naczelnego w trakcie bitwy. Ostatecznie Łubieńskiemu udało się wyjść z niekorzystnego położenia i bezpiecznie przeprawić do reszty wojsk. Bezsensowny rozkaz Skrzyneckiego zatrzymał za to na wschodnim brzegu doborową brygadę gen. Bogusławskiego, która wskutek tego została rozbita i zdziesiątkowana.
Skrzynecki dążył od początku walk do zniszczenia mostów w Ostrołęce i uniknięcia bitwy. Rozpoczął w związku z tym jak najszybciej się dało ataki pojedynczymi jednostkami, które tylko wykrwawiły naszą piechotę. Mając przewagę liczebną walczyliśmy tak, jakbyśmy jej nie mieli. Doskonale rozstawionej przez Prądzyńskiego artylerii wódz naczelny kazał opuścić pozycje wskutek czego niepotrzebnie poniosła ona straty i nie odegrała roli, jaką mogła odegrać.
Natomiast wzgórza leżące na zachodnim brzegu Narwi nadawały się dobrze do skutecznego ognia na przeprawione siły nieprzyjaciela, lecz z powodu odległości nie sprzyjały pojedynkom ogniowym. Gdy nasze baterie schodziły z dobrych stanowisk ogniowych i zbliżały się do artylerii nieprzyjaciela na odległość skutecznego strzału, nie mogły wówczas nawiązać równorzędnej walki, ponieważ artyleria rosyjska zajmowała stanowiska górujące nad polskimi, dysponowała większą ilością dział dużego wagomiaru i była skoncentrowana na dwóch skrzydłach – a wiadomo, że zgrupowana artyleria była skuteczniejsza w walce niż rozproszona. (R. Łoś)
Fatalne w skutkach było też wyprawienie przed bitwą parku rezerwowego artylerii do Różana, wskutek czego nasza artyleria miała 1/3 normalnych zapasów amunicji, oraz opuszczenie pola bitwy przez dwie baterie, których nie postarano się sprowadzić z powrotem.
Mimo to, do końca bitwy istniała szansa zrealizowania Planu zasadzkowego Prądzyńskiego, którą w ostatnim ataku, rozpoczętym po godz. 17.00, częściowo udało się wykorzystać. Polaków zatrzymała jednak rozstawiona na wschodnim brzegu Narwi artyleria, która po stronie rosyjskiej była tego dnia prawdziwą „królową pola walki”. Bez jej wsparcia rosyjska piechota z pewnością nie utrzymałaby swoich pozycji na przyczółku.
Wszyscy historycy zgadzają się, że główną winę za klęskę ponosi polski wódz naczelny, który wytracił wielu żołnierzy i zdemoralizował znakomite wojsko. Jakby na przekór faktom całą winę za klęskę zwalił on właśnie na nich, obciążając ich w oficjalnym raporcie odpowiedzialnością za wynik bitwy. Generał Skrzynecki, który tak świetnie dowodził na szczeblu pułku i brygady (w 1814 roku, w bitwie pod Arcis-sur-Aube, jako major, umiejętnie rozstawionym czworobokiem uratował Napolona przed szarżą wrogiej kawalerii, dobrze dowodził też swoją dywizją w bitwie pod Grochowem), nie potrafił dowodzić na wyższym szczeblu i będąc głównodowodzącym nadal kierował nie całą armią, ale poszczególnymi jej pułkami. Gdyby główne dowództwo sprawował Prądzyński, ta bitwa przebiegałaby zapewne zupełnie inaczej. Należy przy tym dodać, że polskie wojsko, nawet w tych warunkach i przy takim dowodzeniu, walczyło znakomicie, czego dowodem jest nie tylko szarża artylerii konnej Bema, ale i atak piechoty w końcowej fazie bitwy.
Co do postępowania Dybicza, to z początku można dostrzec u niego pewne lekceważenie przeciwnika, bo decyzja o przeprawianiu się na drugi brzeg rzeki tuż pod okiem nieprzyjacielskiej armii była niewątpliwie ryzykowna. Być może do takiego działania mobilizowały go obawy o utratę stanowiska po tym, jak naraził na niebezpieczeństwo gwardię. Już pod koniec dnia, pod wpływem polskich ataków, działał za to bardzo ostrożnie. Przede wszystkim mógł się obawiać nadejścia na pole bitwy dywizji gen. Giełguda:
Pomimo wszystko położenie sprawy nie było jasnem dla Dybicza. Sądząc z jeńców, stawało się oczywistem, że dywizya Giełguda nie przyjmowała wcale w bitwie udziału, i można było przypuszczać, że Skrzynecki ciągłymi atakami swymi zamierzał osłabić jedynie siły Rosyan dla zadania im następnie stanowczego ciosu, zachowując niezbędną w tym celu rezerwę; w razie bowiem przeciwnym trudno było zrozumieć tak przyjęcie bitwy przez niego, jako i prowadzenie jej z takim mianowicie uporem. (A. Puzyrewski)
Ta wypowiedź pozwala też z innej strony ocenić działania Skrzyneckiego. Najbardziej jednak rosyjski generał żałował niepodjęcia przez Rosjan pościgu za uchodzącą spod Ostrołęki armią polską: Ale jeżeli brak żywności i oddalenie taborów stanowiły niezwalczone przeszkody dla ruchu całej armii w celu ostatecznego pokonania nieprzyjaciela, to zaniechanie przez Dybicza ścigania energicznego armii polskiej liczną jazdą ruską niczem usprawiedliwić się nie daje.
Dzięki niepodjęciu nazajutrz pościgu, a następnie prowadzeniu go w sposób bardzo powolny, armia polska zdołała się oderwać od nieprzyjaciela i parę dni później częściowo zregenerować.
Skutkiem ubocznym bitwy pod Ostrołęką było skierowanie na Litwę liczącej około 11000 żołnierzy i 26 dział, kilkakrotnie już wcześniej wspominanej, 2 dywizji piechoty gen. Antoniego Giełguda, która razem z wysłanym wcześniej oddziałem gen. Dezyderego Chłapowskiego (700 ludzi i 2 działa) miała wesprzeć tamtejszych powstańców. Giełguda wysłano na Litwę, gdyż jego dywizja, stojąca pod Łomżą, została właściwie odcięta od sił głównych, a Skrzynecki będący już w odwrocie nie mógł na nią czekać. Generał Giełgud nie spełnił jednak pokładanych w nim nadziei. Nie potrafił prowadzić wojny partyzanckiej i działał bardzo nieudolnie. W decydującej w tym rejonie bitwie pod Górami Ponarskimi (19.VI.1381) Polacy ponieśli klęskę. Wkrótce po tym, wskutek działań wojsk rosyjskich, większość sił ekspedycyjnych wysłanych na Litwę została zmuszona do przekroczenia granicy pruskiej i złożenia broni. Do Warszawy przedarł się jedynie gen. H. Dembiński z 3 tys. żołnierzy. Zamiast zyskać, armia polska straciła prawie 10 tysięcy żołnierzy i istotną liczbę dział.

Wykorzystana literatura:
A. Puzyrewski, Wojna polsko-ruska 1831, Warszawa 1899 (Kraków – wzn.1988)
W. Tokarz, Wojna polsko-rosyjska 1830 i 1831, Warszawa 1993
R. Łoś, Artyleria Królestwa Polskiego 1815-1831, Warszawa 1969
R. Łoś, Z dziejów i kart chwały artylerii polskiej, Warszawa 2001
S. Kieniewicz, A. Zahorski, W. Zajewski, Trzy powstania narodowe, Warszawa 1992, 1994
M. Tarczyński, Generalicja powstania listopadowego, Warszawa 1980
T. Strzeżek, Polska ofensywa wiosenna w 1831 roku, Olsztyn 2002
R. Bielecki, Wielka armia, Warszawa 1995
Szanowni Koledzy mam zaszczyt przedstawić obszerny fragment rozdziału książki „ KOMARÓW OCALIĆ OD ZAPOMNIENIA część II ” Autorami tej pozycji są Anna Wojda i Beata Biszczan
Książka ta obecnie jest w druku. Na uroczystości rocznicowe bitwy pod Komarowem będzie dostępna i będzie można ją nabyć.
Wiedza zawarta w tej książce jest efektem wielkiej pracy i uporu wspaniałych Pań mieszkanek Komarowa.

Osobiście składam szczególne podziękowania Ani Wojdzie za wszelką pomoc
i przekazanie mi wielu pozycji z których mogłem poznać historię tej wielkiej bitwy.

Za zgodą i dzięki wspaniałomyślności autorek przedstawiam jej fragmenty.
/ rozdział zawiera wiele fotografii, których nie mogłem zamieścić na tej stronie /

„wojna polsko-bolszewicka w 1920 r.

Jeżeli uchem przypadniemy do polskiej ziemi, zewsząd dojdzie nas tętent kopyt końskich, a ziemia cała, jak Polska długa i szeroka, dudnić będzie pod tupotem ustawicznych szarż. Jeżeli wytężymy słuch, dojdzie nas z oddali groźny poszum skrzydeł husarii, przed którym przeciwnik drętwiał ze strachu. Jeżeli wytężymy wzrok, to ujrzymy wesoło furkoczące na wietrze proporczyki ułańskie, mieniące się w słońcu wszystkimi barwami tęczy.
Gdy po długich latach niewoli(…) powróciła do życia polska kawaleria, od razu podjęła tradycje swych wielkich przodków i odziedziczywszy po nich smak ryzyka i pogardę niebezpieczeństwa, śmiało ruszyła do boju, nie licząc się ani z przewagą wroga, ani jakimikolwiek brakami materiałowymi. Walka była nierówna, pełna klęsk, ale i czynów wielkich, aż w końcu zwycięska.
Polskie tradycje kawaleryjskie sięgają początków państwa polskiego i związane są nierozerwalnie z prowadzonymi przez nasz kraj wojnami o niepodległość. Koń wiązał się bardzo ściśle z pojęciem wojska narodowego. Do czasów najnowszych Polska miała dużą liczbę kawalerii, a zasady polskiej taktyki walki, przystosowanej do specyficznych warunków, przyniosły wiele sukcesów militarnych.
Powołane do życia w czasie I wojny światowej polskie formacje kawaleryjskie stały się zaczątkiem polskiej jazdy II Rzeczypospolitej. Do wiosny 1920 roku ułani i szwoleżerowie nosili takie same szare mundury, jak całe wojsko. Spośród innych wyróżniały ich buty z cholewami, kurtki dwurzędowe z wyłogami barwy pułkowej i pułkowe proporczyki na kołnierzu. Zamiast maciejówek – czapki fasonu angielskiego z otokiem barwy pułkowej. Na uzbrojenie strzelców konnych, ułanów i szwoleżerów składały się szable, karabinek kawaleryjski i lanca. Lance, używane w polskiej kawalerii, pochodziły z armii rosyjskiej, niemieckiej i francuskiej. Pułk składał się z czterech szwadronów liniowych, jednego szwadronu karabinów maszynowych i szwadronu zapasowego.
Symbolem szybkich działań w Wojsku Polskim była artyleria konna. W walkach w 1920 roku zorganizowano 8 takich dywizjonów. W tamtym czasie uzbrojenie dywizjonów było niejednolite i składało się ze starych dział austriackich, rosyjskich, włoskich, francuskich i niemieckich. Dywizjony artylerii konnej były jednostkami samodzielnymi. Dowódcami dywizjonów byli przeważnie podpułkownicy. Dywizjony składały się z 3 lub 4 baterii. W każdej baterii były dwa plutony, a w każdym plutonie dwa działony.
Dyscyplina w kawalerii była wzorem karności wojskowej. Płynęła z ambicji, poczucia koleżeństwa i odrębności, a także zaufania do dowódców i przełożonych. Zasadą podstawową było dowodzenie, jak mówili kawalerzyści, od czoła, czyli osobistym przykładem. I choć od szeregowców, a nawet podoficerów, dzielił oficera kawalerii wielki dystans, to jednakże łączyło ich swoiste koleżeństwo i przyjaźń. Przyczyniało się do tego bardzo rzadkie, wręcz sporadyczne, stosowanie kar oraz szacunek dla godności podwładnego. Nie było tam miejsca na szykany czy poniżanie żołnierza. W kawalerii okresu międzywojennego wszystko służyło jednemu celowi – wychowaniu żołnierza dzielnego, twardego, zahartowanego na przeciwności, niezawodnego w boju. Już samo wyszkolenie konne, jeśli nawet charakteryzowało się wielką sprawnością fizyczną, wymagało odwagi. Przechodzili przez nie zarówno szeregowcy, podoficerowie, jak i oficerowie. Musieli być sprawni i zręczni. Musieli umieć znosić trudy ćwiczeń i długich przemarszów w kulbace.
Polska kawaleria była nie tylko wojskiem malowniczym i wzbudzającym zachwyt na paradach. Była po prostu wojskiem dobrym. Oficerowie odznaczali się największymi wartościami, poczuciem honoru i obowiązku żołnierskiego, podoficerowie – siłą i żelazną dyscypliną, a szwoleżerowie, ułani i strzelcy konni – świetnym wyszkoleniem i sprawnością fizyczną, które dawała 23-miesięczna służba czynna poborowych. Wszyscy charakteryzowali się utrzymywaniem fasonu i dbałością o swój wygląd oraz szacunkiem do munduru.
Znaczenie kawalerii uwidoczniło się najbardziej po raz ostatni w wojnie polsko–bolszewickiej.
W 1920 r. przywódcy Rosji bolszewickiej zaplanowali szeroko zakrojoną akcję zbrojną, której celem było dokonanie rewolucji w Europie. W wyniku przewrotu powstać miała wielka republika chłopów i robotników. Na przeszkodzie w realizacji tej wizji stanęło młode państwo polskie. Groźne wieści, dochodzące ze wschodu wiosną 1920 r., skłoniły Naczelnika Państwa – Marszałka Józefa Piłsudskiego – do podjęcia kroków zaradczych. W kwietniu 1920 r. został podpisany sojusz z przywódcą Ukrainy Symonem Petlurą. Przewidywał on, że Polska pomoże władzom Ukrainy usunąć bolszewików, a następnie oba państwa wspólnie będą broniły się przed ewentualną agresją sowiecką. Na mocy tych uzgodnień rozpoczęła się polska ofensywa na Ukrainie. W dniu 7 maja Polacy wkroczyli do Kijowa i przekazali miasto w ręce Ukraińców. Na początku czerwca nastąpiło silne kontrnatarcie sił bolszewickich pod dowództwem Michaiła Tuchaczewskiego. Szczególnie groźna okazała się 1 Armia Konna Siemiona Budionnego, która siała panikę na tyłach wojsk polskich. Szła szeroką lawą, ciągnąc jak szarańcza i niszcząc wszystko po drodze. Odżyły opisy Sienkiewiczowskiego „Potopu”, kiedy to – „Nieprzyjaciel, ufny w swe siły, szedł pewny siebie, przekonany, że samym widokiem, czy samą swą liczbą, zgniecie naszego ducha (…). Ziemia aż jęczała pod ciężarem mrowia ludzi, koni i armat. Front został przerwany. Nasze oddziały zmuszone do odwrotu, przebijały się, często walcząc w okrążeniu. W lipcu 1920 r. odwrót trwał już na całym froncie, walki szybko zbliżały się do Warszawy. W tej sytuacji utworzona Rada Obrony Państwa odwołała się do patriotyzmu Polaków. Ochotnicy masowo zaciągali się do wojska. Formowano nowe i reorganizowano wcześniej rozbite oddziały. Nawet dzieci chwytały za broń.
Do obrony Ojczyzny wzywało Polaków również duchowieństwo. Jego Ekscelencja ksiądz arcybiskup Józef Bilczewski , arcypasterz lwowski, w obliczu wojny z bolszewikami, w lipcu 1920 r., w wywiadzie dla korespondenta wojennego Adama Grzymały Siedleckiego mówił: Jestem kapłanem i jestem Polakiem. Duszą i sercem pragnę, by ziemia, dla której pracuję, należała nierozerwalnie do Rzeczypospolitej i pragnę wszystkie siły moje złożyć, dla dobra powierzonych mi wiernych. Nie jestem politykiem i nie mam żadnych wyznań partyjnych. Mam natomiast obowiązki, od których odstąpić mi nie wolno. Za pierwszy z nich uważam wytrwać na stanowisku bez względu na to, jakie losy Bóg ześle na te ziemie, które stanowią moją diecezję. To samo zrobią wszyscy podwładni mi księża. Na to się jest księdzem, by wśród ludu swojego przebywać nie tylko wtedy, kiedy ludowi temu dobrze się dzieje. Właśnie w chwilach nieszczęść my jesteśmy najpotrzebniejsi i my musimy dać przykład wytrwania. Z bólem patrzę na rosnącą panikę wśród ludności naszych ziem i na gromadne wysiedlanie się inteligencji na zachód. Jeżeli chcemy mieć prawo powiedzieć, że ziemie te są też i polską ziemią, to zawsze i w każdej okoliczności powinniśmy wszyscy tu swoją obecnością zaświadczyć, że polskość tu nie jest lotnym piaskiem, że gdy trzeba to przecierpimy, a damy świadectwo prawdzie. Nikogo nie winię i nikogo nie gromię za uczucie paniki, ale jak mogę, przekładam, by ludzie wypracowali w sobie moc ducha i by w takich dniach, jak obecne, więcej mieli Ojczyznę, mniej siebie na pamięci. Kraina nasza przechodziła w dziejach nie jedno nieszczęście, nie jeden zalew niepowodzenia – i przetrwała! Nie trzeba się usuwać od obowiązków heroicznych. Kto zna tylko te obowiązki, z których człowiekowi płynie korzyść, a ucieka od męstwa, ten jest jako niemowlę, które od Matki–Ojczyzny umie wszystko brać, a niczego jej dać nie potrafi. Ojczyzna zaś w chwilach grozy powinna mieć dowodną świadomość, że wokół niej stoją synowie jej dorośli, gotowi bronić jej i za nią choćby życie oddać. Takim synem Boga i Polski powinien być każdy z nas.
Siły bolszewickie walczące przeciwko Polsce były dowodzone w 1920 r. przez towarzysza Trockiego. Teatr wojny był podzielony na dwie części. Północną grupą armii dowodził młodociany Tuchaczewski, południową – Jegorow. Konna Armia Budionnego działała na froncie południowym (…). Z początkiem sierpnia armia skierowała się na Lwów. Począwszy od 14 sierpnia przechodzi pod rozkazy Tuchaczewskiego i dostaje bezzwłocznie instrukcję, nakazującą jej zmianę kierunku na Lublin, celem współdziałania z siłami głównymi na południu od Warszawy. Ale miraż zdobycia Lwowa jest zbyt silny. Jego urzeczywistnienie wydaje się być bliskie i łatwo uchwytne. Budionny chce zatem wpierw zdobyć Lwów, aby dołączyć do swego wieńca nowy listek lauru. Potem spełniłby otrzymany rozkaz. Ponawia więc on swe wysiłki na Lwów; natrafia jednak na stanowczy opór; nie zdobywa Lwowa i traci ponadto parę dni czasu (…) Budionny, poszarpany nieco w czasie ataków na przedpolu Lwowa, przerzuca się teraz ze zwykłą sobie energią na północ w obszar Sokala (…) Stamtąd ma on uderzyć przez Zamość na Lublin, aby ugodzić na tyły naszych sił głównych.

Dnia 13 sierpnia 1920 r. rozpoczęła się bitwa warszawska. Armie bolszewickie wykonały czołowe uderzenie na pozycje polskie zlokalizowane na przedpolu stolicy. Fale piechoty nacierały przy silnym wsparciu broni maszynowej i artylerii. Polacy skutecznie odpierali ataki. Losy bitwy nieustannie się wahały. 16 sierpnia nastąpił przełom. Dywizje polskie rozpoczęły atak, który całkowicie zaskoczył przeciwnika. Grupa manewrowa z łatwością weszła na tyły wroga i zaczęła go okrążać. Przerwane zostały linie zaopatrzeniowe Armii Czerwonej. Zwycięstwo sił głównych polskich, osiągnięte w dniach między 16 a 19 sierpnia 1920 r. na przedpolu Warszawy, musiało wywrzeć swój wpływ na całokształt frontu. Tuchaczewski pojął tragizm położenia swej grupy armii, zwrócił się do południowego frontu z apelem o interwencję Budionnego przez Zamość na Lublin, na tyły polskiej grupy uderzeniowej. Budionny ociągał się, ale skutecznie usłuchał; począwszy od 24 sierpnia jego armia maszerowała na Zamość (…). Zamość otrzymał garnizon ochronny, który opędzał się od nieprzyjaciela bardzo dzielnie przez 3 dni. Nasza 5. Armia gen. Sikorskiego została przerzucona znad Wkry do obszaru Zamościa z zadaniem rozbicia konnej armii. Ostatecznie w obszarze Lwowa została stworzona Grupa Pościgowa gen. Stanisława Hallera w składzie 13. Dywizji Piechoty oraz 1 Dywizji Jazdy. Ta grupa miała domknąć od południa i wschodu kleszcze, które dowódca 5. Armii zakładał wokół dywizji Budionnego w obszarze Zamościa. Otrzymaliśmy zadanie przyczepienia się do „ogona” Budionnego, posuwania się za nim jak zły duch, szczypania go od tyłu i nie dopuszczenia do tego, żeby mógł odskoczyć z powrotem na wschód.
Dopełnieniem zwycięstwa pod Warszawą była stoczona 31 sierpnia 1920 r. bitwa pod Komarowem, w której po stronie polskiej wzięła udział 1. Dywizja Jazdy, która od 24 sierpnia 1920 r. wchodziła w skład Grupy Pościgowej gen. Stanisława Hallera. 29 sierpnia zaczęła właściwy marsz na Komarów – do bitwy, przez Waręż i Tyszowce. W jej skład wchodziła również 13. Dywizja Piechoty, która maszerowała przez Łaszczów, Wożuczyn, Siemierz i Wólkę Łabuńską. 1. Dywizją Jazdy dowodził płk. Juliusz Rómmel (zdjęcie poniżej) .

Szefem sztabu był rotmistrz Aleksander Pragłowski. Dywizja składała się z:
- 6. Brygady Kawalerii (dowódca płk Konstanty Plisowski, szef sztabu por. Janusz Iliński), w której skład weszły: 1. Pułk Ułanów Krechowieckich pod dowództwem płk. Sergiusza Zahorskiego, 12. Pułk Ułanów Podolskich pod dowództwem rtm. Tadeusza Komorowskiego i 14. Pułk Ułanów Jazłowieckich pod dowództwem kpt. art. Michała Beliny-Prażmowskiego;
- 7. Brygady Kawalerii (dowódca płk Henryk Brzezowski, szef sztabu rtm. Witold Morawski), która składała się z 2. Pułku Szwoleżerów Rokitniańskich pod dowództwem mjr. Rudolfa Ruppa, 8. Pułku Ułanów im. Księcia Józefa Poniatowskiego pod dowództwem rtm. Kornela Krzeczunowicza, 9. Pułku Ułanów Małopolskich pod dowództwem mjr. Stefana Dembińskiego;
- Kombinowanego Dywizjonu Artylerii Konnej (dowódca mjr Leon Hózman–Mirża–Sulkiewicz), składającego się z Baterii 1. Dywizjonu Artylerii Konnej, 3. Dywizjonu Artylerii Konnej i 6. Dywizjonu Artylerii Konnej.

Pierwsza Dywizja Jazdy była już od 12 tygodni w nieustannej walce z armią Budionnego. Wprawiła się w walce z tym szczególnym przeciwnikiem, znała jego zwyczaje, taktykę walki i była gotowa do ostatecznego z nim boju. Poznała to przez liczne, bolesne doświadczenia walk odwrotowych, w których poniosła ciężkie straty. Składała się jednak z tak doborowych oddziałów, że nie tylko nie straciła dobrego ducha, ale ponadto żywiła głębokie pragnienie odwetu. Tajemnica powodzenia 1. Dywizji Jazdy tkwiła w jej bitności. Droga do ostatecznego zwycięstwa nie była łatwa. Trakt, którym maszerowaliśmy przemienił się w krótkim czasie w rozmokłe bezdroże (deszcz padał bez przerwy przez 2 dni). Konie zapadały do stawów skokowych, armaty grzęzły po osie. Zziębliśmy do kości (…). 7. brygada, przepuszczona na zmianę na czoło dywizji, posuwa się wolno w niepojętym błocie. Stan fizyczny przemoczonych oddziałów jest godny pożałowania. Brygada dochodzi dopiero wieczorem do Komarowa (30 sierpnia), gdzie nawiązuje łączność z 13. Dywizją Piechoty.
Cała Dywizja Jazdy liczyła pod Komarowem 1,5 tysiąca żołnierzy, około 70 ciężkich karabinów maszynowych i około 12–16 dział. Armia Konna Siemiona Budionnego składała się natomiast z czterech Dywizji Kawalerii (4., 6., 11., i 14.) oraz Brygady Specjalnej. Pod Komarowem liczyła ponad 6 tysięcy żołnierzy, około 350 ciężkich karabinów maszynowych oraz około 50 dział.
31 sierpnia 1920 r. ludność Komarowa i okolic stanęła w obliczu walki z wrogiem. Ludność witała nas z oznakami wielkiej radości i dziwną rzewnością. Przypominam sobie dokładnie kilku starych wieśniaków, którzy widząc nadciągające wojsko polskie klękali na nasz widok, modląc się do Najwyższego o zwycięstwo dla swoich. Ksiądz prowadził procesję wokoło kościoła i z monstrancją w ręku błogosławił przyciągającemu wojsku. Zdejmowaliśmy pobożnie czapki, a na sercu robiło się nam raźniej. Nigdzie więcej nie spotkałem takiej szczerej serdecznej przychylności dla żołnierza, jak w tych stronach. Żaden ułan i koń nie opuścił głodny ich gościnnych progów, a co ważniejsza, unosił ze sobą cząstkę ich serca i świadomości, że walczy za wielką i sprawiedliwą sprawę. Ppr. Bronisław Wojciechowski z 9. Pułku Ułanów Małopolskich wspominał ten dzień: A zwycięstwo było nam w tym dniu pisane. Zwiastowało nam o tem nasze przeczucie własne, tajemne. Zwiastowały działa nasze, które grzmiały jakoś więcej tryumfalnie, niż dni ubiegłych. Zwiastowały dzwony zwycięstwo, co biły w kościele pobliskim, gdzie przed godziną ksiądz z monstrancją błogosławił nas, jadących na bój śmiertelny. Klęczeli wieśniacy przed chatami, błagając Pana Zastępów o zwycięstwo dla braci, szlochały kobiety, wyciągające ręce ku niebiosom i żegnając nas pobożnem „Boże błogosław”, kiedyśmy w pędzie już bitewnym gnali za wrogiem. A słońce jasne i piękne po raz pierwszy od dni wielu uśmiechało się ku nam w tysięcznych blaskach i wzniecało pełną radość życia.
Bój konny pod Komarowem trwał cały dzień, a przedpołudniowa walka prawie trzy godziny. W boju wzięło udział sześć pułków po stronie polskiej i dwadzieścia pułków po stronie rosyjskiej. W porannych szarżach wzięły udział wszystkie stopniowo wprowadzane pułki polskie i co najmniej dziesięć pułków (według danych Budionnego) rosyjskich. Kronikarz tego boju, osobiście dowodzący rotmistrz Kornel Krzeczunowicz, tak m.in. zapisał: Owego dnia Dywizja Jazdy miała iść jako boczne ubezpieczenie 13. Dywizji Piechoty, w kierunku północnym na Cześniki. Już o godzinie 7 natyka się swoim pierwszym rzutem na oddziały armii konnej u zachodniego krańca bagien komarowskich we wsi Wolica Śniatycka i w ten sposób dochodzi na wyżynie na północ od linii bagien do największego w XX wieku, całodziennego boju konnego i śmiem twierdzić – największego od 1813 roku. Takiego boju nie było przez następne 107 lat. Okoliczności tak się złożyły, że główny ciężar walki spadł na 7. Brygadę Jazdy, którą wtedy dowodził płk Henryk Brzezowski, a uczestniczyła też 6. Brygada złożona z 1., 12. i 14. Pułku Ułanów. Przewaga armii konnej Budionnego była bardzo znaczna. Dla przebiegu bitwy pod Komarowem, bitwy zwycięskiej, najbardziej istotne były szarże pułków 7. Brygady Jazdy, wykonane w godzinach rannych. Płk Brzezowski wspominał: Była godzina 6 rano, gdy obudził mnie szef sztabu brygady i nieoceniony mój współpracownik, rtm. Witold Morawski. Pokazując mi pismo, melduje, że jest to rozkaz generała Hallera na dzień 31 sierpnia, który przed pięciu minutami wręczył mu goniec sztabu Hallera. Po przeczytaniu tego rozkazu jasne mi było, że muszę działać samodzielnie i jak najszybciej, nie czekając rozkazów dywizji. Nakazałem więc zebrać brygadę w alarmie na zachodnim wyjściu z Komarowa, zaś dowódcy dywizji, płk. Rómmlowi przesłałem rozkaz generała Hallera z meldunkiem, że 7. Brygada rozpoczyna samodzielnie akcję wyznaczoną tym rozkazem. Po zorientowaniu się w terenie i przestudiowaniu mapy wiedziałem, że muszę zająć jak najprędzej wzgórze 255, na północ od Wolicy Śniatyckiej. Był to punkt dominujący, który umożliwiał obserwację aż po Sitno. Posiadanie tego wzgórza zabezpieczało 6. Brygadzie podejście i dawało podstawę do rozpoczęcia właściwej naszej akcji, jednym słowem, wzgórze 255 było kluczem sytuacji. Na całym długim południowym stoku wzgórza 255, które ciągnie się w kierunku wschodnim na Śniatycze, nie mogłem na razie stwierdzić nieprzyjaciela; artyleria nieprzyjaciela strzelała z kierunku Cześniki. 2. Pułk Szwoleżerów i 8 ułanów zbierały się szybko. 9. pułku nie było, miałem więc tylko dwa pułki.
Bitwę rozpoczął (około godziny 7) 2. Pułk Szwoleżerów Rokitniańskich, liczący wówczas około 200 szabel. Dowódca pułku mjr Rudolf Rupp relacjonuje, że około godziny szóstej otrzymał od płk. Brzezowskiego, dowódcy VII Brygady, rozkaz ruszenia w szarży przedniej, z Komarowa na północ, przez Wolicę Śniatycką, z zadaniem opanowania wzgórza nr 255 i poruszania się na Cześniki. Wzgórze nr 255 to łagodne wzniesienie na północ od Wolicy Śniatyckiej. Widać stamtąd Komarów i bagniste tereny Ruszczyzny, na zachód lasy, a na północ niewielkie kępy leśne, Cześniki, Kolonię Niewirków i Niewirków. Zaledwie czoło kolumny wysunęło się na północ od zachodniego krańca Wolicy Śniatyckiej otrzymaliśmy ogień (...)

Fot. Jerzy Kossak – 2. Pułk Szwoleżerów Rokitniańskich zdobywa szarżą wzgórze 255.
artylerii nieprzyjacielskiej, która ostrzeliwała rozwiniętą kompanię piechoty (...) Otrzymałem meldunki od podjazdów, które donosiły, że kawaleria nieprzyjacielska w większej ilości zbiera się na polach na południe od Cześnik, tabory zaś posuwają się na drodze Cześniki–Niewirków. Rozwiniętymi szwadronami, wydzielając odwód w sile jednego szwadronu, ruszyłem kłusem do szarży. W pierwszym okresie walki osiągnąłem wzgórze 255 i wysunąłem się z pułkiem na pola ok. 1 km na wschód od Nowej Wolicy. Na przedpolu dostrzegało się liczne podjazdy nieprzyjacielskie. Przed moimi oczami stanęła wspaniała panorama pięknego obrazu oraz miły dla oka żołnierza widok uciekających w nieładzie na Niewirków taborów nieprzyjacielskich (...). Po szarży nastąpiło silne przeciwnatarcie nieprzyjaciela - pisze płk. Rupp.
Była godzina 8, gdy szwoleżerowie zajęli Wolicę Śniatycką, szybko doprowadzono im konie, by jak najszybciej zajęli grzbiet 255. Szwadrony 8. Pułku Ułanów oczyszczały zaś wieś Antoniówkę, przy czym zdobyły cały tabor samochodów sztabu Budionnego. Tymczasem Pułk Szwoleżerów – dosiadłszy koni – wysłał patrole bojowe, sam zaś zaczynał podchodzić pod górę. Szedł on wzdłuż drogi Wolica–Cześniki: na wschód wzgórza 255 wysłałem z odwodu 2. szwadron 8. Pułku Ułanów. Patrole szwoleżerów nie doszły jeszcze do szczytu góry, kiedy nagle ukazały się na horyzoncie duże masy kawalerii: pędziły one w kierunku południowo–zachodnim. Dopiero po chwili masa ta rozdzieliła się na duże kolumny, z których jedna skierowała się wprost na południe na 2. Pułk Szwoleżerów. Druga pędziła na Bródek. Cała moja uwaga skierowana była na masę, która z góry waliła na szwoleżerów. Widziałem, że pułk ten tak potężnego uderzenia wytrzymać nie jest w stanie i że będzie w krótkim czasie z dużymi stratami zepchnięty na Wolicę Śniatycką, a może nawet zawahać się i nawróci przed szarżą. A jednak ta szczupła garstka szwoleżerów ani na moment się nie zawahała: słyszę ich zdecydowany okrzyk „hurra” i już tworzy się jedna skłębiona masa – walka wręcz się rozpoczęła. Pozostały mi jeszcze dwa szwadrony liniowe i szwadron km. 8. Pułku Ułanów. W tym tak krytycznym momencie podjeżdża do mnie galopem major Dembiński, d-ca 9. Pułku Ułanów, melduje swoje przybycie z pułkiem. Nocował w Tyszowcach, od godz. 5 jest w marszu i przebył już 20 km. Pokazuję mu, co się dzieje na wzgórzu i daję rozkaz do szarży. Major Dembiński galopem podjeżdża do swojego pułku, widać jak w galopie wyjeżdżają taczanki, a za nimi szykuje się pułk do natarcia. Obawiam się, że szwoleżerowie nie wytrzymają aż do przybycia 9. Pułku Ułanów i śledzę wciąż marsz tego pułku, a chociaż ułani szybko się posuwają, mam wrażenie, że trwa to bez końca. 2. Pułk Szwoleżerów wytrzymał. Szarżował raz po raz i podtrzymywał walkę konną z niezwykłym męstwem, nie ustępując terenu. Walka się wzmogła.
Około godziny 10 uderzył 9. Pułk Ułanów. Jego dowódca major Stefan Dembiński we wspomnieniach pisał, że otrzymał zadanie przejścia do natarcia przy wsparciu artylerii osłanianej przez ułanów 8. Pułku im. Księcia Józefa Poniatowskiego. Na jego rozkaz ruszył 1. i 2. szwadron. Zawahały się szeregi bolszewickie, zamarł krzyk przeraźliwy, który przechodził już w nutę zwycięstwa. A kiedy oba szwadrony, nie zważając na przewagę liczebną rozsypanych na polu nieprzyjaciół, wbijają się między nich klinem – zawracają bolszewicy w pośpiesznej ucieczce ku Cześnikom. Mimo zmęczenia poprzednich dni, pędzą za nimi nasi ułani. Już dopadają pojedynczych grupek nieprzyjaciół, sieką, biją, rąbią. Konie choć upadają na mokrej zaoranej ziemi, dobywają wszystkich sił, aby jeźdźcom swoim dać możność doścignięcia wroga. Zda się pościg zmieni się w klęskę zupełną bolszewików. Coraz bezładniejsze wielkie ich kupy uchodzą przed rozhukanym, choć słabszym liczebnie przeciwnikiem.
W momencie kiedy szala zwycięstwa zaczęła przechylać się na stronę polską, bolszewicy postanowili zaangażować swoje znaczne siły, gdyż zauważyli, że za 9. Pułkiem nie podążają inne pułki. Ruszyli więc naprzód, spychając przed sobą 9. pułk, który odrywając się od nieprzyjaciela zbierał się na nowo i podrywał się do nowej szarży. Co chwilę jakiś szwadron, zepchnięty do tyłu, zatrzymywał się i natychmiast zawracał, by uderzyć na nowo z jeszcze większą siłą. Linie falowały nieustannie w jedną lub drugą stronę. Nikogo nie wzruszał już potworny jęk rannych i tratowanie towarzyszy broni. Bolszewicy atakowali z coraz większą zaciekłością. Szeregi polskie zwierały się coraz bardziej, zaczęło brakować przestrzeni, konie nie dawały się już poderwać do galopu.
Na skraju lasku między Wolicą Śniatycką a Cześnikami stoją zgrupowane nowe oddziały bolszewickie. Szereg taczanek wita nas z ukrycia gęstym ogniem. Artyleria własna i bolszewicka huczy i razi przedpole. Zabrakło tchu naszym do przezwyciężenia nowej przeszkody, wahają się chwilę. Temsamem odwrót zadecydowany. Ale za nami stoją trzy świeże szwadrony i wszystkie taczanki. Nie mogąc zwalczyć wroga w ataku wręcz, podprowadzamy go pod nie zawodzące nigdy nasze „maszynki”; tamte szwadrony przyjmą pierwsze uderzenie wroga, odepchną go, a my nabierzemy znowu sił i skoczymy ku nim. Radość... Już widać galopujące kare konie 3. szwadronu, tuż obok gniadosze 4., a dalej na lewym skrzydle siwki 5. szwadronu. Walka rozszerza się na prawo i lewo. Rzucamy się znowu w wir. I nie odróżnić już gniadych koni od karych, nie słychać w zgiełku komendy ani nawoływania. Walczą ułani w grupkach mniejszych i większych. Wytrzymują straszny nacisk wroga, to ustępując, to prąc przed siebie. Nic to, że artyleria nieprzyjacielska i nasza razi nas piekielnie, wyrwy śmiertelne czyni wśród ludzi i koni... Nic to, że tchu w piersiach naszych nie staje, a gromkie hurra kozackie grzmi coraz zuchwalej... I znowu ustępujemy, a chwila ciężka, krytyczna. Widać już wielkie wyczerpanie tak u ludzi, jak w koniach. W pierwszej szarży zginął ppor. Magierowski, który poległ osłaniając
odwrót pułku ze wzgórza. Ginie por. Lachowicz, dowódca 4. szwadronu, jeden z najdzielniejszych oficerów pułku. Otrzymał on kulę karabinową przez lewe ramię prosto w serce.
Zginęło kilkunastu ułanów, sporo jest rannych ludzi i koni, a każdy z nich to niepowetowany ubytek i osłabienie. Z troską patrzę na przerzedzone szeregi stojąc przy odwodzie – 3. szwadronu. Coraz większy nacisk wroga, coraz słabsze nasze szeregi. Drugi pułk szwoleżerów, słaby stanami zmaga się na lewo od nas. Artylerie obu stron grzmią wytrwale; przestaliśmy już odróżniać pociski własne od nieprzyjacielskich. Karabiny maszynowe grzechoczą nieustannie, dużo strat jest od ognia karabinowego. Wydaje się człowiekowi, że wpadł w jakiś kocioł diabelski, z którego nie ma wyjścia. Jest tuż przed kryzysem dramatu, jakby w akcie trzecim. W tym stanie wyczerpania sił i nerwów wyłania się z lasu od zachodu jakaś zwarta masa galopującej kawalerii. Niestety, wiadomo nam, że to nie odsiecz; to nowe zastępy kozactwa. Za nami o 300 kroków sztab brygady i bateria. 6. brygada chyba już niedaleko. Wiemy, że wytrzymać musimy, bo ustąpić nam nie wolno. Meldują mi, że prawe skrzydło zachodzi też nieprzyjaciel. Trudno; karabiny maszynowe w tył na wzgórze do baterii, taczanki zabezpieczą prawe skrzydło. Na taczankach siedzi czarny jak Cygan ppor. Czarnota; jego jestem pewny, spełni swoje zadanie do końca. Szwadrony są w gorączce bitwy. Wszystko się skłębiło. Nie rozpoznasz, gdzie wróg, a gdzie swoi. Ogień karabinowy zlał się w jeden nieprzerwany terkot i tworzy razem z wyciem ludzkim jakąś symfonię grozy. Grzmią działa od dawna, ale teraz rozpętało się prawdziwe piekło. Odgłos wystrzałów zagłuszyły wybuchy rozrywających się wśród nas granatów. Istotnie, to jakiś sabat diabelski. Stałem kilkadziesiąt kroków od swego odwodu – 3. szwadronu. Kary szwadron stopniał już dzisiaj poważnie. Liczę nań najwięcej. Wprawdzie nie ma dzisiaj Tatary, ale zastępuje go dzielny chłopak ppor. Ostrowski. Co to! Jakieś piekło wybuchło wśród tego karego oddziału! Dwa, trzy czy cztery granaty rozrywają się w samym środku. Tam, gdzie przed chwilą stał cały szwadron – kupa mięsa drgająca w konwulsjach na ziemi. Resztki rozpierzchły się na wszystkie strony. 11 ludzi i 8 koni leżało w tym miejscu, dalszych 12 odniosło rany. Szwadron 3. przestał chwilowo istnieć. W mgnieniu oka doskoczyłem do baterii, tam mi objaśniono, że to ogień współdziałających baterii 13. dywizji, z którymi nie ma łączności. Kryzys osiągnął swój szczyt. Dowódca brygady wraz z rotmistrzem Morawskim kierują sami ogniem baterii. Artylerzyści z oparzonymi rękami obsługują działa, obok istna reduta karabinów maszynowych zieje żywym ogniem wprost przed siebie na wschodnią część Wolicy Śnatyckiej. Tam właśnie ześrodkowało się natarcie nieprzyjacielskie, szukające naszego skrzydła. Na szczęście bagnista łączka uniemożliwiała szybkie posuwanie się w konnym szyku. Ześrodkowany ogień zmusił nieprzyjaciela do szukania zasłony poza domami wsi. Na przedpolu kotłuje się nadal. Nie rozumiesz, kto kogo bije, kto zwycięża, ale każdy doświadczony żołnierz czuje, że długo nie trzeba będzie czekać na załamanie – musi ono nastąpić lada chwila. Zdawałem sobie sprawę, że pułk poniósł bardzo ciężkie straty, że napięcie nerwowe jest ogromne, że jeżeli nastąpi załamanie i odwrót, to będzie on ucieczką, której się nie da tak łatwo opanować. Potrzebne będą do tego świeże oddziały. Osobiście nie miałem już żadnych odwodów, a zatem straciłem możność interwencji. Znając swoich oficerów wiedziałem, że nie ustąpią żywi z placu; dalsza ingerencja w walkę była bezcelowa. Doskoczyłem więc do moich karabinów maszynowych, zsiadłem ze swojej broczącej krwią kasztanki i postanowiłem tu pozostać dla zorganizowania ewentualnej osłony odwrotu. Do załamania szczęśliwie nie doszło.
Do pomocy wkroczyła 6. Brygada Jazdy, którą najpierw dostrzegli bolszewicy. Widząc ją i wiedząc, że nie są w stanie wytrzymać dłuższej walki, zaczęli wycofywać się z placu boju na północ.
W czasie ostatniej, najcięższej szarży 9. Pułku Ułanów, przybywa na plac boju pomoc od wschodu. Rotmistrz Tadeusz Komorowski, sam ranny z przestrzeloną ręką, podprowadza co tchu w końskich piersiach swój 12. Pułk Ułanów Podolskich. To najpierwszy oddział 6. Brygady Jazdy, który wkracza do bitwy i odciąża prawe skrzydło 7. Brygady.
12. Pułk Ułanów przeprawił się na pole bitwy z Wolicy Brzozowej, przez szeroki pas podmokłych łąk, na Śniatycze i Wolicę Śniatycką. Było tak grząsko, że konie zapadały się po brzuchy w błocie. Pułk wydostał się na grzbiet wzgórza, z którego widać było zbliżającą się w zwartej kolumnie brygadę Kozaków, kierującą się na prawe skrzydło 7. Brygady Kawalerii pod Wolicą Śniatycką. Wtedy cały 12. Pułk runął z góry na maszerującego spokojnie w dole przeciwnika, który nie przeczuwając żadnego niebezpieczeństwa i niespodziewanego natarcia, wycofywał się, nie stawiając oporu, uciekając czym prędzej na północ. Znakomicie przeprowadzona szarża 12. Pułku, z każdej strony widoczna, zrobiła wielkie wrażenie. Dzięki temu natarcie bolszewików na 7. Brygadę osłabło. Było to około godziny 11. W tym samym czasie od strony Komarowa przybył galopem płk Konstanty Plisowski, a za nim 1. i 14. Pułk Ułanów. Jak huragan ruszył do walki, zmiatając przed sobą wszystko, co napotkał. W słońcu błysnęły szable ułańskie. Jak łan maków zakwitły czerwone otoki Krechowiaków (1. pułk), którzy rozwinięci w ławę zbliżali się szybko wraz z Jazłowiakami (14. pułk). Jak nawałnica wpadli na pole bitwy i w ciągu kwadransa oczyścili cały plac z wojsk bolszewickich. Pośpiesznie cofały się groźne przed chwilą watahy. Czego nie dokonały kule karabinów maszynowych i dział, kończyła szabla ułańska. Plac boju pozostał przy nas. Zdecydowane wkroczenie 6. Brygady, uzgodnione szczęśliwym zbiegiem okoliczności z warunkami czasu i potrzeby, doprowadza w krótkim czasie do zupełnego przełomu położenia, dając dywizji całą pełnię zwycięstwa. Nie dłużej jak po upływie dalszej pół godziny pustoszeje przedpole. Kozacy odskakują na Cześniki. Wzgórze 255 jest znowu w naszem ręku. Tam przenosi się teraz dowódca dywizji. Oddziały 6. Brygady dokonują krótki pościg za uchodzącym przeciwnikiem. Powoli nadchodzi południe. Obserwujemy jak po drodze prowadzącej z Miączyna na Werbkowice, ciągnie się długi sznur taborów. Są one odgrodzone pasmem mokradeł i nie można do nich dojść. Artyleria wzięła je pod ogień, stwarzając niesłychany popłoch.
O godzinie 11.30 zakończyła się poranna I faza bitwy. Bohaterem tej bitwy była 7. Brygada płk. Henryka Brzezowskiego, która wzięła na siebie główny ciężar walk i od rana walczyła na polu bitwy. Wreszcie mogła odpocząć po kilkugodzinnej wyczerpującej walce.
9. pułk poniósł w ostatniej chwili bardzo ciężkie straty. Dowódca 3. szwadronu ppor. Ostrowski umierał na naszych rękach wskutek urwania nogi przez granat, por. Niesiołowski Zdzisław, dowódca drugiego, umierał z powodu postrzału w brzuch, a por. Wania leżał ciężko kontuzjowany. Kilkudziesięciu ułanów bądź zabitych, bądź rannych ubyło z szeregów. Straty w koniach były jeszcze liczniejsze.
Niezwykłym zjawiskiem tej niezwykłej bitwy było to, że mieliśmy przerwę na obiad. Rzadko coś podobnego zdarza się w bitwie pieszej, a nigdy konnej. A jednak w tym wypadku była to zupełnie naturalna przerwa dla odpoczynku, bo nasze konie były już wykończone. (…) Podciągnęliśmy z pobliskiego Komarowa kuchnię i wozy furażowe i karmiliśmy ludzi i konie, ale śpieszyliśmy się, aby być gotowymi na oczekiwany pościg. Wszyscy byli bardzo zmęczeni i wyczerpani.
Upłynęło kilka godzin. Rozłożeni obozem, na gołem polu, pod palącymi promieniami słońca, doprowadziliśmy do porządku szwadrony, daliśmy wytchnienie koniom, choć siodeł zdejmować nie było wolno. Zbliżał się wieczór. Rozkaz odmarszu na wioskę Dub, ku wschodowi. Pułk 9. jako najwięcej wyczerpany i przerzedzony idzie na końcu, w straży tylnej. Rozwija się długa, długa kolumna. Już przeszły pułki i artyleria. Ściąga i nasz 9. Pułk za innemi na swoje miejsce. Zjeżdża obok bateria artylerii konnej. Jakieś trwożne oczekiwanie. Przecież jednak odpoczniemy... Najpierw, z rozkazu J. Rómmla, wymaszerowała 6. Brygada przez Niewirków na Werbkowice. 7. Brygada miała ruszyć w ślad za nią. Na jej czele maszerował 8. Pułk Ułanów, dalej szedł 2. Pułk Szwoleżerów, potem artyleria, a na końcu 9. Pułk Ułanów, prowadząc konie z powodu ich przemęczenia. Ledwie kolumna ruszyła w stronę Niewirkowa, wchodząc powoli na wzgórze na północ od Kadłubisk, gdy z lasu położonego na południe od Cześnik poczęły dochodzić najpierw pojedyncze strzały. Wtem z tyłu słychać strzał, potem drugi. Żartem ktoś woła, że znowu będzie „wojna”. Inni śmieją się. Ale powoli twarze poważnieją, bo strzały gęstsze, a za chwilę słychać grzechot maszynki, niezawodny znak prawdziwej walki. Idzie hasło poprzez szeregi do czoła kolumny. Stajemy. Na ukos od lasku z tyłu mkną jacyś jeźdźcy. To nasi wywiadowcy. Armaty odprzodkowują. My odwracamy front.
Powstała groźna sytuacja. 6. Brygada Kawalerii (1., 12. i 14. Pułk) zaangażowana była wszystkimi swoimi oddziałami w rejonie Niewirków–Koniuchy. Przeciwstawić się owemu natarciu mogły tylko trzy, liczebnie bardzo słabe i przemęczone poranną walką, pułki 7. Brygady Kawalerii (2., 8., 9. Pułk).
Zdawałem sobie jasno sprawę, że od pułku nie mogę już dzisiaj wiele wymagać. Wyczerpanie moralne i fizyczne było zbyt wielkie, szczególnie konie ledwie nogami powłóczyły. Obliczałem to wszystko spokojnie i na zimno. Postanowiłem wygrać możliwie na czasie, umożliwić nadejście pomocy i uniknąć w ten sposób porażki w pojedynkę. Spokojnie i dobitnie podawałem jedną za drugą komendy: do wsiadania na koń – kolumna plutonów marsz – linia szwadronów w lewo marsz – szwadron karabinów maszynowych na wzgórze w prawo – taczanki szwadronowe w odstępy miedzy szwadrony, a pułk wykonywał je jak na placu musztry. Pułk szedł ciągle stępa, nie widząc nieprzyjaciela. Oficerowie jechali przed linią szeregów na przepisowych miejscach. Wjechaliśmy na wzgórze, aby stamtąd objąć całość położenia. Całe przedpołudniowe pole walki zaroiło się na nowo chmarami jeźdźców. W purpurowych blaskach zachodzącego słońca zaczęły wyłaniać się jeden po drugim szwadrony i pułki kozackie, rysując się jak ciemne plamy na tle zagajników. Słońce już było nisko, a z lasów jak z worka wysypywały się bez przerwy coraz to nowe oddziały. Ogromne tumany kurzu, wzbijając się w górę, wkrótce przesłoniły wszystko, zakrywając las, niebo i cały horyzont. Tylko głuchy pomruk, przemieniający się w miarę zbliżania w przeraźliwy wrzask, świadczył o wielkości mas, przygotowujących się pod zasłoną kurzawy do decydującego uderzenia. Cała ta nawała zbliżała się coraz bardziej. W ostatnich blaskach zachodzącego słońca migotały krzywe szable, łopotały czerwone chorągwie, a groźne krzyki i dzikie wycia rozdzierały powietrze. Obraz mrożący krew w żyłach. Nie było innego wyjścia, jak tylko zawrócić całą brygadą i szarżować. Wszyscy czuli to instynktownie, nikt nie czekał na rozkazy. Wszystkie karabiny maszynowe wytrysnęły na grzbiet wzgórza, które panowało nad całą okolicą i otworzyły ogień. Artyleria odprzodkowała i już widać było w zapadającym zmroku błyski jej wystrzałów. 9. Pułk Ułanów, który maszerując na ogonie kolumny był najbardziej narażony, dosiadł natychmiast koni. Padły ostre słowa komendy. Oficerowie z dobytymi szablami wyskoczyli przed front oddziałów. Za ich przykładem pułk ruszył w stronę przeciwnika, najpierw stępem, rozmyślnie szanując swoje konie, by w ostatniej fazie szarży wszystko z nich wydobyć. W międzyczasie nasze karabiny maszynowe zbierały krwawe żniwo. Nieprzyjaciel natychmiast zwolnił tempo (…). Baterie 6. Brygady Kawalerii, które dotychczas wspierały natarcie na Niewirków, spontanicznie odwróciły swe działa i zaczęły wspólnie z bateriami 7. Brygady Kawalerii bić kartaczami, ryjąc szerokie bruzdy w szeregach atakujących. Doszedłszy na odległość 200 m, 9. Pułk Ułanów z największym wysiłkiem ruszył do szarży. Zacięty, śmiertelny bój na tem samem polu, które rano spłynęło krwią naszą i wrogów. Te same chaty i zarośla, ten sam lasek, w którym po przedpołudniowej walce oglądaliśmy małe jeziorka krwi w zagłębieniach. Drogie krwawe miejsce. Zacieśniają się ułańskie szeregi. Pada rozkaz majora Dembińskiego: Do szarży! Dowódca Dywizji płk Henryk Brzezowski relacjonuje: Mjr Dembiński przeszedł z linii kolumn w szyk luźny. Idzie szerokim frontem, spokojnym kłusem, wiem, że rozmyślnie szanuje swoje zmęczone konie, by w ostatniej fazie tej szarży wszystko z nich wydobyć. Widzę jak pędzą taczanki przed linią, rozpoznaję na jednej por. Czarnotę, on pierwszy obsługuje sam km, ostrzeliwuje celnym ogniem zbliżającą się ławę nieprzyjacielską. 9. Pułk Ułanów rusza do szarży. Wszyscy wiemy, że pułk, który rano stracił sześciu oficerów i około stu ułanów to garstka zmęczonych ludzi i nie może powstrzymać takiej nawały. Poszli do tej szarży, bo honor żołnierski tak im nakazywał. Tam gdzie pułk natrafił na ławę nieprzyjaciela, rozpoczęła się przed zetknięciem strzelanina z koni pułk jeszcze się utrzymał. Na północne skrzydło zwaliły się jednak duże, zwarte oddziały. Tam musiał pułk nawrócić i znów wisiało wszystko na jednym włosku. Ostatnią naszą nadzieję pokładaliśmy w 8. Pułku Ułanów, który już podchodził. 8. Pułk Ułanów szedł kłusem w linii kolumn, uporządkowany i wyrównany jak na placu ćwiczeń.
Dowódca pułku rotmistrz Krzeczunowicz rozważył wszystko. Idzie kłusem, oszczędzając siły koni; nie rozwija pułku przedwcześnie, bo w kłębowisku i kurzawie pod krwawo zachodzące słońce nie może rozpoznać, czy ma przed sobą cofający się 9. Pułk Ułanów, czy też szarżującego nieprzyjaciela. Na lewe skrzydło pułku wypada cwałem szwadron km, dopada pozycji k.m-ów 9. Pułku Ułanów i błyskawicznie otwiera ogień. Dużym celownikiem przestrzeliwuje rozgrywającą się przed nim walkę 9. Pułku Ułanów, biorąc za cel 2. pułk nieprzyjacielskiej dywizji. Przychodzi moment decydujący. Wszystko dołącza do 8. Pułku Ułanów, wszyscy wyciągali szable i pistolety: sztab Dywizji i sztab Brygady; mały oddział 1. Pułku Ułanów, liczący może 30 jeźdźców… Ale już pada jak grom komenda: „rozwinięty, galopem, hurra!”. Jadący w roli szperacza przed prawym skrzydłem pułku (grzbietem wyżyny) adiutant pułku podporucznik Aleksander Krzeczunowicz, oddaje szereg strzałów z pistoletu, rotmistrz Krzeczunowicz płazem szabli wprowadza swego przemęczonego deresza w cwał, i już pułk całym impetem rusza do szarży i w mgnieniu oka pokrywa odległość kilkudziesięciu zaledwie kroków, dzielącą go jeszcze od wroga. Tej niezwykle silnej szarży nie wytrzymał nieprzyjaciel. Przyjął ją salwą z pistoletów, ledwie dosłyszalną wśród naszych gromkich „hurra” i natychmiast podał tyły.
Bolszewicy rzucili się do ucieczki, pędząc w dzikim popłochu z powrotem w to miejsce, z którego rozpoczęli bitwę, w kierunku Cześnik. Pracują znowu zmęczone ramiona ułańskie, a szable skrwawione zbierają nowe żniwo śmierci. Nieprzyjaciel pobity, ostatnie jego oddziały mkną w mrokach nocy. Uderzenie 6., najlepszej i najsilniejszej, dywizji Budionnego spaliło na panewce; zostało ono odbite z ciężkimi stratami przeciwnika. Na pobojowisku słychać nawoływanie, głosy komendy. Zbierają się szwadrony wśród chat Wolicy Śniatyckiej (…). Nie atakują już bolszewicy. Cisza przed nami zupełna. I znowu zbieramy się w gromadkach. Radzimy cicho o minionych chwilach grozy. Liczymy poległych. Znowu kilkunastu ubyło z naszych przerzedzonych szeregów. Ranny bardzo ciężko por. Edward Wania, który otrzymawszy kontuzję w przedpołudniowej bitwie, po odzyskaniu przytomności wbrew rozkazowi dowódcy pułku wraca do 2. szwadronu i rzuca się w największy ogień. Obok niego cudów waleczności dokazuje niezrównany szermierz wachmistrz Bolesław Ziemba i ginie śmiercią walecznych w szarży na karabiny maszynowe. Straty, jakie pułki w tej bitwie poniosły były bardzo duże, zwłaszcza 9. Pułku Ułanów. Pułk ten stracił 4 dowódców szwadronów(…). Straciliśmy wielu żołnierzy i podoficerów. Konie nasze pokotem kryły plac boju. Niejeden z nas cicho opłakiwał zgon przyjaciela lub wiernego konia. Noc okrywa całunem pole dwukrotnej bitwy. Księżyc zalewał mdłym światłem pola, które stały się polami chwały kawalerii polskiej. Dostojna cisza zaległa dookoła. Wszyscy byli u kresu sił, wyczerpani w najwyższym stopniu. Konie stały ze zwieszonymi łbami przy ułanach, leżących pokotem na ziemi, tam gdzie byli. Zbierano rannych i poległych. Niekiedy suchy strzał oznaczał koniec żywota nieuleczalnie rannego końskiego towarzysza broni.
Zakończenie tego dramatu nastąpiło już o zupełnym zmroku. Jak niespodziewanie ukazała się nam w całym swoim przepychu czerwona armia, tak się nagle zgubiła i przepadła w ciemnościach przepadającej nocy. Spokój, pustkę i kojącą ciszę przyniosła nastająca noc, a ogromna biała tarcza księżyca rozlała swe mdłe i zimne światło na pola i gaje, na których odbywały się cały dzień tak gorąco zmagania tysięcy ludzi. Oto ostatnia walna bitwa, którą wydała sowiecka armia konna polskiej kawalerii. Bitwa została wygrana; siła bojowa armii konnej została tutaj złamana i więcej jej już nie odzyskała.
Pułkownik Juliusz Rómmel po zakończonej bitwie podziękował ułanom za bohaterską i zwycięską walkę. Wszyscy oszołomieni byli sukcesem. Pokonali tego, który wcześniej siał panikę w ich szeregach. Ogromny sukces polskich kawalerzystów godny był Pomnika Chwały. Zwycięstwo było jednym z najchlubniejszych wyczynów naszej jazdy w kampanii przeciw bolszewikom. Jednak straty, jakie dywizja poniosła dnia 31 sierpnia 1920 r., były bardzo znaczne.
Dowództwo Dywizji: rannych 3 gońców i 5 koni, w tym koń dowódcy dywizji.
7. Brygada:
2. Pułk Szwoleżerów: zabitych 3 oficerów i 34 szeregowych; rannych 1 oficer, 40 szeregowych.
9. Pułk Ułanów: zabitych 4 oficerów w tym 3 dowódców szwadronów i 50 ułanów, rannych: 1 oficer i 65 ułanów (…).
8. Pułk Ułanów: ranny 1 oficer. Zabitych i rannych 75 szeregowych.
6. Brygada:
1. Pułk Ułanów: zabitych 1 oficer i 18 ułanów, 30 rannych.
12. Pułk Ułanów: ranny dowódca pułku i 12 ułanów.
Z 14. Pułku Ułanów i całej Artylerii Dywizji nie posiadam wykazu strat.
Ogółem straciła dywizja przeszło 300 ludzi (zabitych i rannych) i 500 koni, co stanowiło 1/5 do 1/4 jej całości sił.
Po latach Aleksander Pragłowski, szef sztabu J.Rómmla, wspominał: (…) W ciągu najbliższych 5 tygodni walk, popchaliśmy go (Budionnego) identycznie tą samą przestrzenią, na której on użył 5 miesięcy (…). Wy zaś z 9. Pułku Ułanów, dla których piszę to wspomnienie, zróbcie apel z południa z dnia 31 sierpnia 1920 roku. Gdzież są dowódcy szwadronów – gdzie jest jedna czwarta stanu bojowego. Kwiat pułku poległ i zaściela pole bitwy. Na noszach przyniosą Wam porucznika Edwarda Wanię, ociekającego krwią – to jedyny dowódca szwadronu, który przeżył ten dzień. Pod koniec przyjdzie major Stefan Dembiński z adiutantem. Nie poznacie go: jest czarny od kurzu i milczy. Jego zapytajcie, jak to było! On prowadził wszystkie szarże, on wie najlepiej, co pułk zdziałał, a jakim cudem on sam żyje, dla mnie było to zagadką.
Analizując dzisiaj po kilkunastu latach bitwę pod Komarowem trzeba podkreślić, że była ona pięknym zakończeniem ciężkich zmagań szczupłej garstki kawalerii polskiej podczas długich miesięcy ciągłych niepowodzeń, spowodowanych w znacznej mierze właśnie przez pobitą tu armię konną Budionnego (…). Twardo, uczciwie i do końca spełnić rozkaz, z fantazją po ułańsku zażywać zwycięstwa, sercem dzielić dolę i niedolę z bratem–kolegą i towarzyszem-koniem, a przede wszystkim wierzyć i ufać w wielkie przeznaczenie i przyszłość Polski, oto przykazania, które nam pozostawiły czasy zwycięskiej wojny roku dwudziestego.
W dniu święta kawalerii, 2 października 1960 r., gen. S. Dembiński powiedział: Nie mogę zakończyć tego opowiadania nie oddając hołdu tym wspaniałym żołnierzom pamiętnego 20-go roku, na czele których należy zaliczyć płk. Henryka Brzezowskiego, dowódcę 7. Brgady Jazdy. Bitwa zaczęła się z jego inicjatywy i gdyby nie ona, nie byłoby polskich żołnierzy rano na wzgórzu koło Wolicy Śniatyckiej, a wrogie masy byłyby zwaliły się na kwaterujące polskie pułki w dolinie Komarów–Tyszowce. Jemu należy się cześć i chwała tego dnia. Mówi się dużo o cudzie bitwy warszawskiej, ale równie dobrze można by mówić o cudzie 20-go roku. Tak, to był cud tak rzadko zdarzający się wśród Polaków, bo cały naród stanął ramię przy ramieniu pod jednym sztandarem, wszyscy byliśmy żołnierzami, których jedno było wspólne dobro, jedno pragnienie i jedno umiłowanie – Polska.

Wśród walczących z bolszewikami Polaków nie zabrakło żołnierzy pochodzących z Komarowa i okolic. Jednym z nich był Kalikst Antos (ur. 25 października 1897 r. w Komarowie – zm. 1977 r.). W 1919 r. został wcielony do wojska. Służył między innymi w Zamościu, Włodzimierzu Wołyńskim, Łucku i Kowlu. O bitwie pod Komarowem wspominał swojemu synowi Antoniemu, który jako 12-letni chłopiec zapamiętał niektóre fragmenty opowiadane przez ojca. Najbardziej utkwił mu w pamięci obraz topiącego się w błocie wojska bolszewickiego, które chciało przedostać się z Wolicy Brzozowej do Niewirkowa. Miejscowe bagna były dla nich ogromnym utrudnieniem. Do dzisiejszych dni kryją w sobie militaria z pamiętnej bitwy.
Zwycięstwo należy niewątpliwie przypisać męstwu i poświęceniu ułanów oraz zdolnościom ich dowódców. Po „Cudzie nad Wisłą” skuteczna obrona Zamościa, a następnie rozbicie pod Komarowem Armii Konnej Siemiona Budionnego zadecydowało o tym, że została wstrzymana ofensywa bolszewików na Lublin. Dzięki temu inny obrót przybrał dalszy przebieg kampanii 1920 r. oraz zostało przyspieszone zakończenie wojny.
Uczestnicy bitwy do końca życia wspominali dzień zwycięstwa nad bolszewikami. Jednym z nich był płk Henryk Brzezowski (11 listopada 1969 r. pośmiertnie awansowany na generała brygady przez prezydenta RP na emigracji – Augusta Zaleskiego), który ze swoim ordynansem niemal codziennie żywo wspominał jej przebieg. Dowiadujemy się o tym z opracowania Sławomira Brzezowskiego (prawnuka Leona Brzezowskiego, który był stryjem Henryka). Rita i Ewa opowiadały jak do ich ojca regularnie przychodził jego były ordynans i kilkadziesiąt lat po bitwie obydwaj starsi panowie opowiadali sobie o niej na nowo. (…) Niedawno, przy herbatce, Rita i Ewa opowiedziały mi pyszną historię związaną z obrazami z tryptyku Kossaka. Otóż kiedyś, chyba już po śmierci Henryka, przyjechał do nich Krzeczunowicz i zobaczywszy jeden z obrazów stwierdził, że słońce jest na nim zupełnie nie tam, gdzie należy (chodziło o wieczorną szarżę na trzeciej części tryptyku, która przebiegała dokładnie pod zachodzące słońce). Bezwzględnie zobowiązał Ritę, aby spowodowała naniesienie na obraz odpowiednich poprawek. Dyspozycje te wydał w sposób nie przewidujący sprzeciwu, tak więc biedne kobiety nie miały wyjścia i obiecały, że sprawę załatwią (Kossak już nie żył od kilkunastu lat). Rzecz jasna dały obrazom spokój, ale pech chciał, że po kilku latach Krzeczunowicz znowu przyjechał i przyszedł sprawdzić, czy słońce znalazło się na właściwym miejscu. Podobno zrobiła się z tego straszna awantura, a Krzeczunowicz wyjechał obrażony śmiertelnie.
Zanim J. Kossak rozpoczął malowanie tryptyku „Bitwa pod Komarowem”, przyjechał w latach 30. XX w. na jej miejsce wraz z H. Brzezowskim. Zapoznał się wtedy z panoramą bitwy.
Dla upamiętnienia bitwy pod Komarowem jej uczestnicy na kilka lat przed II wojną światową podjęli inicjatywę wzniesienia na okolicznych polach Pomnika Chwały Kawalerii i Artylerii Konnej. Powołano Komitet Budowy Pomnika z gen. Juliuszem Rómmlem jako przewodniczącym. Dokonano wyboru odpowiedniego miejsca. Przyjęto także projekt pomnika, którego autorem był inżynier architekt B. Zinserling. Projekt przedstawiał potężnych rozmiarów skrzydło husarskie na wysokim cokole z napisem: Poległym na polu chwały towarzyszom broni – kawalerzyści i artylerzyści konni. Na drugiej stronie cokołu miały być wyryte nazwy pułków kawalerii oraz dywizjonów artylerii konnej, które brały udział w walce. Na łagodnym falistym terenie, nieco na północ od miasteczka Komarów, miał stanąć pomnik Polskiej Jazdy, jako wyraz sławy naszego oręża. U przełomu naszej kampanii wolnościowej z 1920 roku rozegrano tam bitwę jakich mało – wielką bitwę kawalerii. Mongołowie, Tatarzy, Kozacy i te same rubieże Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Bezprzykładne reminiscencje, coś jakby urywek z epoki Jagiellonów lub ze złotego wieku naszego rycerstwa. [...] Pod Komarowem zważaliśmy mało na ogień; armaty nie imponowały, a natrętny brzęk taczanek, które obsiewały stalowym grochem wiele hektarów suchego pola, wydobywając z niego drapieżne kłąbki kurzu, nie robił także wrażenia. A jednak to wrażenie zaistniało i było tak potężne, że żaden uczestnik nie zapomni tego dnia do śmierci. Wywołała je panorama bitwy, jej zażartość i zmienność, z powodu czego los dywizji wisiał kilkakrotnie na cienkim włosku. Potęgowały je nieprawdopodobne masy konnicy przeciwnika, jej ruchliwość oraz natarczywe parcie z Cześnik w kierunku na Komarów.
W planach było też utworzenie na Wawelu sali poświęconej między innymi pamięci polskich kawalerzystów. Miały się tam znaleźć urny z ziemią z najsławniejszych pól bitewnych: Grunwaldu, Wiednia, Chocimia, Kircholmu, Somosierry i Komarowa. Pomysł ten spotkał się z wielkim entuzjazmem dowódców wszystkich pułków. W 1928 r. na pole bitwy pod Komarowem przybyła delegacja z Krakowa po ziemię do urny, celem złożenia na Wawelu (lub na Kopiec Kościuszki). Delegację przyjął wójt gminy Komarów Piotr Wiśniewski wraz ze społecznością komarowską. Ksiądz Józef Masztalerz odmówił modlitwę i poświęcił ziemię. Jednak II wojna światowa przekreśliła ten, jak i wcześniejszy zamiar.
Polska kawaleria, tak bogata w tradycje, odeszła w przeszłość pełna bojowej chwały, lecz wspomnienie o niej niech będzie zawsze żywe! Bitwa pod Komarowem przeszła od tamtych czasów na trwałe do historii wojskowości jako ostatnia w XX w. wielka bitwa kawalerii. Jej ślady wryte były w pomnik ułanów poległych w wojnach 1918-1920 w Trembowli (pomnik zniszczony w 1940 r.). Do dzisiaj są widoczne na Pomniku Nieznanego Żołnierza w Warszawie. Pole bitwy spod Komarowa przypominają groby na cmentarzu parafialnym w Komarowie, Pomnik Ułana przy Kościele Św. Trójcy w Komarowie, obraz na ścianie wewnątrz tego kościoła, obrazy Jerzego Kossaka, tablice pamiątkowe na polach Wolicy Śniatyckiej oraz wspomnienia pisane ręką uczestników bitwy.

Chyba w żadnym innym wojsku nie znajdziemy tylu przykładów kultu Maryjnego, co w dziejach wojska polskiego. Najbarwniejsze karty tej tradycji dotyczą niewątpliwie kawalerii II Rzeczypospolitej. W wielu pułkach Matka Boża Częstochowska błogosławiła ułanom ze sztandarów, w kilku innych ułani uciekali się

>